KW banner 

Jaskinia Czarna – czyli 5 wesołych godzin z życia kursanta

Plany na Jaskinię Śnieżną w ostatni dzień kursu pokrzyżowała pogoda. Deszcz od 4 rano bębnił w nasze namioty. Przy śniadaniu szybkie sprawdzenie pogody i zmiana planów. Po 10 ma przestać padać – zapadła decyzja na „lżejszą, szybką akcję” w Czarnej.
Siup do dziury
Podziału dokonaliśmy błyskawicznie. Pierwszy zespół męski poszedł z Piotrkiem, zespół żeński w składzie Magda, Krysia i ja idziemy z Pablem Otworem Północnym (czy jak kto woli „od dupy strony”). No to w drogę. Na szlaku na szczęście mało ludzi. Podchodzimy do góry, każdy własnym tempem (bo jak tu dogonić Pabla :). Na Polanie Upłaz spotyka się cały zespół i dalej idziemy wspólnie. Po drodze jak zwykle zajęcia z topografii. Pablo opowiada nam wszystko na temat otaczającego nas terenu, a my usilnie staramy się coś zapamiętać. Podchodzimy na miejsce, przebieramy się i siup do dziury.
02
Pierwsze zderzenie z błotem, potem Próg Latających Want. Po kolei zjeżdżamy w dół. Przechodzimy bez problemów przez Salę Świętego Bernarda. Na Brązowym Prożku spotykamy chłopaków. Patrzymy jak po kolei wchodzą i znikają w ciemnościach jaskini. Teraz przychodzi nasza kolej na jego wywspinanie. Magda ma zaporęczować prożek, ale pierwszy dobry chwyt jest dość wysoko. Żartując i śmiejąc się szukamy rozwiązania tego małego problemu. Podkładamy pod drogę dwie spore wanty, jednak i one okazały się niewystarczające, bo kolejna próba dotarcia do chwytu była nieudana, ale co to dla nas… zrobiłam stópkę Magdzie, Pablo dla asekuracji podtrzymuje jej tyłek i JEST CHWYT :).
W strugach wody dzielnie wywspinała prożek, oczywiście bardzo ją słowem wspieraliśmy na dole. Dociera do trawersu, ale na samym jego końcu odpadła od ściany i zaliczyła swój pierwszy bardzo ładny lot. Jest już zmęczona, więc się zamieniamy i wchodzę na drogę. Pierwsze zderzenie z okrutnie lejącą się wodą nie jest przyjemne, ale zmusza człowieka do „spierdzielania stamtąd”, a że droga jest już zaporęczowana, 05a ja na wędce, więc wejście do góry nie stanowi problemu. Jednak życie zawsze szykuje jakieś niespodzianki dla człowieka. Na trawersie orientuję się, że nie wzięłam ze sobą karabinków (nigdy w życiu nie przeleciało mi przez głowę tyle przekleństw). Dziewczyny podpinają karabinki do liny, ale stojąc na trawersie i  „trzymając się niczego” nie jest mi łatwo je wciągnąć. Na szczęście jakoś poszło. Kolejny etap jaskini za nami. Idziemy dalej z uśmiechem wspominając nasze poczynania. Dobre humory nas nie opuszczają, bo jeszcze nie wiemy jaka niespodzianka jest przed nami… Ściana Płaczu, czyli szczelina Hula Hula. Krysia idzie pierwsza i mówi nam dosadnie cóż to jest za jaskinia pionowa. Magda druga, podtrzymuję jej nogę (bo dzień bez nogi jest dniem straconym), żeby się nie zsunęła, ale dzielnie daje radę. Ja niestety wymiękłam, nie miałam siły na takie podejście, ale tu „stópka mocy” Pabla okazała się nieoceniona.
Weszliśmy do góry. Ruszamy do Studni Imieninowej, dwójkami zjeżdżamy na złodzieja w dół. Dalej Korytarz Mamutowy i kilka fajnych zdjęć z serii „foto by Pablo”, znowu Sala Św. Bernarda. Tuż przed lub za (nie pamiętam dokładnie, bo pamięć, a w zasadzie jej brak zatarła szczegóły) Progiem Latających Want jest taki „przewieszony skurczybyk”. Przewieszony skurczybykPrzechodzimy go po kolei, ale Magda coś nie może. Podaję jej rękę, wciągam troszkę, później za uprząż i hop do góry. Zespół w komplecie. Idziemy dalej, a że to „szybka akcja” to jeszcze szybki rzut oka na korytarz Colorado i znowu jesteśmy pod Progiem Latających Want. Zostawiamy liny do reporęczu chłopakom, (niech też wyjdą :) i do góry. Ostatni kawałek czołgania (z naszych wymytych kombinezonów zostaje tylko czarne błoto) i widać światło :). Puszczamy wodze radości. Przy otworze robimy sobie przerwę na kilka „piknych” zdjęć, przebieramy się i na dół, na jedzonko. Nawet ostatni (różnie nazywany) kilometr Kościeliskiej pokonałyśmy w bardzo radosnych nastrojach.
W jaskini, pomimo ciężkich chwil pod okiem Pabla czułyśmy się bezpiecznie. Jego cierpliwość jest nieoceniona. Nie krytykował naszych poczynań, wspierał dobrym słowem, poczuciem humoru i jak to u niego radością życiową. Wiedziałyśmy, że cały czas czujnie panował nad sytuacją i że jesteśmy w dobrych rękach.
Pablo stwierdził, że była to udana żeńska akcja. Ja myślę podobnie. To był dla mnie jeden z tych ciężkich, ale jakże bezcennych dni.
Foto by PabloFoto by Pablo

Przetrwałam letni kurs :)
„…I wiem, że mogę, wiem, że mogę.
Choć mam pod skórą, coś jakby strach.
Lecz mimo tego, wiem, że mogę
zanurzyć się w bezmiarze dnia…”
Lipali często towarzyszyło mi tego tygodnia.

09














Cała akcja jaskiniowa trwała 5 wesołych godzin.
Iza Jagiełło