banner SWW

  • Kategoria: Górskie

Ciężki los wspinacza zimowego czyli...

..."wpierdol na życzenie, edycja 2017"

Istnieje wiele „pułapek myślowych” dla wspinaczy. Jedna z nich jest taka, że jeśli zrobiliście już w górach kilka dróg i macie niejakie zaufanie do swoich umiejętności, to o pewnych ścianach myślicie że „cokolwiek by się nie działo, to TAM się na coś wespniemy!”. Zgodnie z takim przekonaniem, zaatakowaliśmy z Krzyśkiem Buławskim cestę Stepanskeho na Tępej Turni (nr 21 na tatry.nfo). Czasami jednak, nie wszystko idzie po naszej myśli. Przedstawiam własną wersję opowiadania Kuby Kokowskiego pt „Wpierdol na życzenie, edycja 2017”.

Żeby zacząć od dobrego absurdu powiem, że główną motywacją wycieczki był zakup nowych butów zimowych. Już sam ten pomysł był dziwny, zważywszy na to, że pod ścianę podchodziliśmy na nartach. Oznacza to, że w ciągu dnia dwa razy zmieniałem obuwie między butem skiturowym a wspinaczkowym. Ale od początku.

Prognozy nie dawały złudzeń – sobota paskudna, niedziela znośna – jeśli jechać na narty. Ciągły opad śniegu, wzrastające zagrożenie lawinowe, dość zimno. To nie są warunki na wspinanie.  Nie zrażeni tymi faktami, w piątek na avatarze o 19 umawiamy się z Krzyśkiem na wyjazd z Krakowa ok. 430 na Tępą. Konretny cel? „aaaa, coś się znajdzie!” Konkretny szpej? „weź wszystko do auta, to się podzielimy!” Bez przesady, nie idziemy na Zerwę, z Tępą sobie poradzimy, nie ma co przeplanowywać.

Rano, gdzieś koło Biedronki w Nowym Targu proszę Krzyśka, żeby mnie zmienił za kółkiem – alternatywą jest drzemka na parkingu albo drzemka za kierownicą. Pierwszy raz zdarza mi się, żebym rano nie był w stanie dojechać do celu (zwykle większy problem sprawia droga powrotna). Ostatecznie docieramy na parking i podchodzimy na nartach do schroniska przy Popradzkim Plesie. Po drodze dowiadujemy się, że organizatorzy odwołali Memoriał Bartka Olszańskiego, bo podejście pod Bulę było zbyt zagrożone lawinami… Zatrzymujemy się na chwilę w schronisku – cywilizowana toaleta, ubieranie detektorów w cieple i… wybór drogi i szczegółów logistycznych. Podejdziemy na nartach pod samą ścianę, wespniemy się na Lucne Sedlo i w drodze powrotnej zabierzemy narty. Trochę baliśmy się, czy zejście z Lucnego nie będzie zagrożone lawinowo, ale po cóż się martwić na zapas. Słowem – dziwne rozprężenie na starcie. Czujemy że może się ono zemścić, nie wiemy tylko – jak bardzo.

Idąc pod ścianę dostajemy lekki przedsmak tego, co może nas czekać. Pada gęsty śnieg, wieje wiatr. Białe piekło, szalejący żywioł. Ubieram goreteks i gogle (chyba pierwszy raz użyłem ich nie podczas zjazdu na nartach…). Drogę widać dopiero jak się stanie tuż pod nią. A i to – tylko jak wiatr łagodnieje i nie spadają pyłówki. Zostawiamy narty przy dużym kamieniu i ruszamy. Jeszcze przed wbiciem w ścianę, podchodzimy w śniegu po udo. Potem zaczyna się standardowa, zimowa orka. Teren o trudnościach od II do IV, zwykle nastręcza te same trudności. Odśnieżanie chwytów, odśnieżanie asekuracji, modlitwy o to, żeby pod śniegiem na który kładziemy nogę nie było pochyłej gładkiej płyty skalnej, pyłówki sypiące się za kołnierz itd. Na prowadzenie wyciągu który mi przypada, ze śmiałością ściągam kurtkę puchową, ale ku mojemu zaskoczeniu jestem się w stanie rozgrzać wspinaniem. 60m czwórkowego terenu prowadzę dobrą godzinę – niby trudno nie jest, stopnie są – ale teren jakby trochę wypycha, czasem przeczesuję przemrożone trawki, zrzucam ze dwie małe deski śniegu.

image001

Widok na cestę z miejsca gdzie się szpeimy. Fot. Krzysiek Buławski

Wyciąg później, Krzysiek zbiera podobne doświadczenia. Na krótką chwilę, śnieżyca ustępuje, a niebo staje się… czerwone. Docieram do partnera dokładnie w momencie, gdy robi się ciemno. Ściągam gogle i ubieram czołówkę. Rzut oka na sytuację – nad nami miało być 150m łatwego terenu. Stoimy na wypłaszczeniu, ale nad nami jest przewieszka. W lewo – piętrzy się jakaś ścianka. W prawo – niby połogo, ale widać że jest to płyta przysypana sypkim śniegiem z dwiema czy trzema kępami trawy – w baletkach pewnie bułka z masłem, w rakach raczej szukanie guza. Topo pokazuje jeszcze co innego, nie bardzo wiadomo, gdzie iść. Pod nami – skośne wyciągi, na których napotkaliśmy może jedną starą kostkę. Wycof też nie będzie łatwy.  Ani w górę, ani w dół.

Przez chwilę stoimy w impasie, który przerywam stanowczym „dawaj mi te haki!”. Wbijam dwie sztuki, dokładam backup i modlę się o to, żeby starczyło liny do półki 2 wyciągi niżej. Wystarcza do rzeczonej sklinowanej kostki – poznaję miejsce po linii obrywu śniegu, który zrzuciłem wcześniej. Krzysiek dojeżdża dokładnie w momencie, kiedy mam zbudowane całe stanowisko do wycofu – haki, repy, backup itd. Zaczynamy ściągać linę („za czerwoną”) – idzie bardzo trudno i w momencie, gdy luźna końcówka zielonej żyły zawisa 2m nad półką i 4m od nas blokuje się dokumentnie. Krzysiek dowiązuje się do czerwonego końca. Opuszczam go 3metry pod stanowisko – może jak stanie dalej od ściany to mu się uda odblokować. Niestety to też się nie udaje. Skoro jednak jest asekurowany, wymyślamy, że może przeprusować te 2m na jednej (czerwonej) żyle, i potem dowiązać się do obu i wspiąć do zaklinowanego węzła.

image002

W trakcie wycofu. Fot. Krzysiek Buławski
 

Krzysiek narzeka, że ostatnio prusikował na kursie. Chętnie bym go zastąpił, ale skoro on już jest dowiązany do kawałka liny, który ma mu dać jakąkolwiek asekurację – ostatecznie się godzi zrobić robotę na rzecz zespołu. Prus na nogę – Prus na uprząż. Noga, ciało. Noga, ciało. Lina się naciąga i Krzysiek powtarza operację ze 6 razy, zanim się oderwie od ziemi. Mnie, jako że od stania nie robi się cieplej pozostaje obserwować, kibicować i… zjeść kabanosa i napić się herbaty. Staram się jednak zostawić żelazną rezerwę, bo nie wiadomo jak długo przyjdzie nam kiblować na tym stanowisku. Żeby nie było, że się opieprzam – wysyłam smsa „w doliny” żeby żona Krzyśka się nie martwiła. Krzysiek dociera do sklinowanego węzła, przesuwa go o dosłownie kilka centymetrów i zjeżdża na dół. Naciągniętej zielonej liny wystarcza na styk – gdyby węzeł sklinował się metr niżej, cały wycof skomplikowałby się znacznie bardziej. Na szczęście pozostałe dwa zjazdy pod ścianę puszczają nas już bez przygód. Schodzę stokiem w śniegu po pas, modląc się, żeby cały żleb nad moją głową nie wyjechał.

Myliłby się jednak ten, co pomyślałby że teraz już będzie łatwo. Otóż w momencie gdy z powrotem zakładam drugiego buta narciarskiego… gaśnie mi czołówka. Budzi to moje lekkie zdziwienie (miałem baterie użyte wcześniej przez może 3h). Efekt jest taki, że zjeżdżam z jedną ręką przy czole, próbując co chwilę włączyć latarkę – daje to światła na kilka sekund, potem zapada ciemność. Krzysiek jedzie tuż przede mną, a ja -  „na pamięć” odtwarzam jego trajektorię. Co chwilę też odwraca się do tyłu i oświetla mi kawałek ścieżki przez dolinę. W większości operacja nawet się udaje i tylko raz, w kompletnej ciemności, ląduję w jakiejś pokracznej pozycji, z wypiętymi obiema nartami zatrzymanymi na kamieniu. „Tylko raz” to w tych okolicznościach niezły bilans.

Po niespiesznym przepaku w schronisku, na asfalcie nieco udoskonalamy technikę – to ja jadę pierwszy, a Krzysiek ze światłem z tyłu i z boku, oświetlając mi cały czas drogę. Na szczęście na płaskim wystarczy stać na nartach i po paru minutach znajdujemy się przy samochodzie. Powrót do domu na szczęście odbył się bez przygód i po 23 godzinach od wstania z łóżka – kładę się spać.

 image003

W trakcie wycofu. Fot. Krzysiek Buławski

 

Wnioski?

Jak człowiek jest napalony, to zawsze pójdzie się wspinać. Ale to wciąż nie znaczy, że to jest mądre i że nosi jakiekolwiek znamiona sensownego działania.

Phantom Tech’y są (chyba raczej) warte swojej ceny. Ale nawet Phantom Tech’y nie są warte wspinania w sytuacji, kiedy należy iść na narty albo na piwo z resztą zawodników MBO.

Cel i taktykę wspinania warto jednak ustalić w domu. W ostateczności - w samochodzie – byle w trakcie wycieczki nie tracić cennego czasu na głupoty.

Tak, urobiliśmy „aż” 3 wyciągi czwórkowej drogi. Złośliwi powiedzą że jesteśmy słabi. Pozdrawiam ich i stwierdzam, że nonszalancja nie jest właściwym zachowaniem w górach.

W przeciwieństwie do przygody Kolegów z grudnia 2015 nie skończyliśmy drogi, ale też…

W przeciwieństwie do przygody Kolegów z grudnia 2015, żadna kończyna nie została złamana ani uszkodzona.

 

Autor: Wojtek Anzel

  • Kategoria: Górskie

Po co jechać w Dolomity

“Po co jechać do Włoch jak w Francji przez moje 14 dni pobytu odpoczywałem tylko jeden dzień” - zapytał mnie kolega kiedy większość znajomych już wykonywała różnoraką działalność górską w granitowych rejonach Francji, a ja z Wojtkiem Anzelem po raz kolejny dotarłem w Dolomity. Przyznaję że do tej pory nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie. Coś jednak w tych skałach jest, że z chęcią tam jeżdżę. Może poniższy opis kilku dróg kogoś również zachęci do obrania tak irracjonalnego celu jak Tyrol Południowy.

dolomity

Dolomity mają w sobie coś przyciągającego (fot. Wojtek Anzel)

Na miejsce dotarliśmy w strugach deszczu i nic nie wskazywało na to, żeby następnego dnia dało się cokolwiek sensownego zrobić. Jakież jednak było nasze zdziwienie, gdy rano przywitało nas niebieskie niebo. Wojtek tylko smutno stwierdził: “Będzie szychta w ścianie” i zaczęliśmy pakować się do samochodu, żeby podjechać pod Tofany. Z parkingu przy schronisku Dibona ściany widać doskonale. Przy śniadaniu przerzucamy strony przewodnika i w końcu postanawiamy wybrać się na pierwszy filar i drogę Aspettando la Vetta (6c, 420 m). Ma być obita, trudności dla ludzi, w sam raz na rozwspinanie. Po podejściu pod ścianę okazuje się, że oprócz nas w okolicy nie ma nikogo. Prowadzimy po dwa wyciągi, te w okolicach 6a-6b obite skromnie na zasadzie “lepiej nie latać”, a dołożenie czegoś swojego bywa problematyczne. Czasem trzeba się nieźle zastanowić gdzie dalej iść. Obydwaj stwierdzamy, że kluczowy wyciąg jest wyceniony promocyjnie. Wspinanie jednak jest bardzo ładne i po skończeniu drogi sklejamy z radością żółwia. Jeszcze tylko zejście do szlaku. Ponieważ obydwaj jesteśmy tam pierwszy raz, to trochę się gubimy, jednak dość szybko udaje nam się znaleźć ścieżkę.

aspettando la vetta

Aspettando la Vetta (fot. Wojtek Anzel)

Następnego dnia znowu od rana świeci słońce. Tym razem postanawiamy zrobić coś nieco dłuższego na drugim filarze. Stwierdzamy że podejdziemy pod ścianę i na miejscu zdecydujemy o wyborze drogi. Lądujemy pod startem w Via Costantini-Apollonio (VII+, 540 m). Droga typu klasyk, wysoko w ścianie jest już jeden zespół, a w pierwszy wyciąg startuje następny. Stwierdzamy że następnego dnia nie będzie nam się już pewno chciało, więc drogę trzeba zrobić dzisiaj. Znowu po dwa wyciągi na głowę, kilka z nich łączymy, bo są krótkie i łatwe. Dość szybko docieramy pod kluczowe trudności. Pierwszy okap wylosowałem ja. Jako że jestem znanym miłośnikiem bolechowickich pionów, to wszelkie formacje wymagające odchylenia się do tyłu budzą mój niepokój. Kiedy więc podszedłem pod okap, moja pierwszą myślą było: “Ooo…”. Zaczęło się stękanie i sapanie, ale po kilku zgięciach udało mi się sięgnąć do klamy i prawie bez tchu w piersiach wciągnąć tyłek ponad czeluść. Potem jeszcze przypada mi piękny wyciąg za VI- (w pionie po gniotach, więc się cieszę). Kolejny okap przypada Wojtkowi. Skutecznie walczy z wyślizganymi chwytami i stopniami na początku, ale niestety na wyjściu z okapu podstępnie wbity hak łapie go za rękę. Nie ma czasu poprawiać stylu, idziemy dalej. Na półce już witamy się z gąską, kiedy okazuje się, że kolejny wyciąg to znów wcale niełatwy komin. Wojtek jednak dzielnie i skutecznie w nim walczy, ja z plecakiem odpuszczam i zadaję z ekspresów. Dalej trudności maleją, a droga zaczyna nieco kluczyć, aby wyjść ze ściany najłatwiejszym terenem. Ogólne wrażenia: droga ładna i lita, kluczowe trudności trzymają klasę, sporo asekuracji jest na stałe, jak czegoś brakuje, to da się łatwo dołożyć. Ponieważ jest to klasyk, to w ładny dzień może być sporo zespołów. Dodatkowo jesteśmy pod ogromnym wrażeniem wizjonerstwa pierwszych zdobywców.

apollonio

Miłośnik bolechowickich pionów wybrał się w przewieszenia (fot. Mikołaj Pudo)

Trzeciego dnia znowu lampa, znowu trzeba iść się wspinać. Po podejściu pod Tofanę stwierdzamy, że nie mamy już na tyle świeżości, żeby zawalczyć na czymś trudniejszym, więc wybieramy opcję bardziej “wycieczkową”, czyli Via Costantini-Gherdina (VI-, 540 m). Tym razem drogę dzielimy na bloki trzy-wyciągowe. Dość szybko doganiamy zespół Włochów, którzy uprzejmie puszczają nas przodem. Kluczowe trudności to trawers w sporej ekspozycji. O ile pierwsza połowa drogi jest lita, to im wyżej, tym więcej kamieni jest luźnych. W ścianie znowu znajdujemy sporo haków, da się też łatwo coś dołożyć. Ponieważ jest to ultra-klasyk, to skała momentami jest mocno wyślizgana, wspinanie mimo to jest bardzo przyjemne.

gherdina

Nie ma nic przyjemniejszego niż powietrzny trawers (fot. Mikołaj Pudo)

Po trzech dniach na Tofanach mamy już ich trochę dość. Na dzień restowy jedziemy umyć się i wyspać na kwaterę do znajomych Wojtka. Zastanawiamy się też co robić dalej. Prognozy są nieco mniej optymistyczne: codziennie po południu możliwa burza, prawdopodobieństwo wystąpienia opadu rzędu 90%. Postanawiamy wybrać się na drogi o charakterze bardziej sportowym, z których będzie dało się łatwo zjechać w razie opadu. Lądujemy na parkingu nieco poniżej Passo Gardena, z widokiem na Torre Brunico.

tofana

Tofana di Rozes (fot. Wojtek Anzel)

Rano budzi nas piękna pogoda. Idziemy na Ottovolante (7a+, 420 m). Droga właściwie w całości obita. Od pierwszego wyciągu widać, że łatwo nie będzie, bo wyceny są bardzo solidne. Droga jest wytyczona w nowoczesnym stylu: stara się iść wprost do góry i szuka trudności omijając ewidentne łatwości po bokach. Wspinanie jest bardzo ładne, obicie przyjemne. Kluczowy wyciąg to wejście nad okap po nieco słabszych chwytach. Niestety nie puszcza nas czysto i musimy się zadowolić stylem 6b A0. Nie ma siły ani czasu, żeby zrobić wyciąg w lepszym stylu. Na szczęście balderek na drugim trudnym wyciągu Wojtek robi z marszu, więc cieszymy się z 6c. Potem jeszcze tylko wycieczka przez szczytowe plateau i zejście łatwą ferratą do samochodu.

ottovolante

Nieco ekspozycji (fot. Wojtek Anzel)

Prognozy nie chcą się zmienić w żadną stronę, więc postanawiamy zostać na jeszcze jedną drogę w tym samym miejscu. Tym razem idziemy na Oltre la porta (6c+, 420 m). Tym razem przydaje nam się kilka mechaników i tricamów, które mamy ze sobą. Kluczowy wyciąg to wspinanie po ostrych krawądkach. Niestety stan skóry na palcach i ogólna słabość sprawiają, że przysiadam na moment w ekspresie. Drugi z trudnych wyciągów ponownie Wojtek prowadzi w pięknym stylu, więc znów cieszymy się z 6c.

oltre

Jeszcze trochę ekspozycji (fot. Mikołaj Pudo)

torre brunico

Torre Brunico (fot. Wojtek Anzel)

Jesteśmy już mocno zmęczeni, więc jasne jest, że ostatniego dnia możemy zrobić jedynie coś “wycieczkowego”. Po przewertowaniu przewodnika okazuje się, że po drugiej stronie doliny jest fajna ściana. Idziemy więc na Sas Ciampac drogą Adang/Old South Face (V, 400 m). Smaczku dodaje informacja, że pierwsze przejście miało miejsce w 1903 roku. Kiedy docieramy pod ścianę, okazuje się że na drodze jest już przewodnik z dwoma klientami i jeszcze dwie dziewczyny z Edynburga. Wspinanie idzie gładko (po wyślizganych chwytach), szybko wyprzedzamy dziewczyny, a zespół przewodnika doganiamy w drugiej części drogi). Na górze meldujemy się nieco szybciej niż się spodziewaliśmy, ale mamy świadomość, że nic trudniejszego tego dnia nie miałoby sensu. Wspinanie było bardzo przyjemne, skała lita, dobrze asekurowalna. Dodatkowo jesteśmy pod wrażeniem wizjonerstwa pierwszych zdobywców.

adang

Wypłynąłem na wapiennego przestwór oceanu (fot. Wojtek Anzel)

Jaki jest więc sens jechać do Włoch zamiast do Francji? Nie wiem, ale cieszy mnie to, że przez tych kilka dni przewspinaliśmy nieco ponad 2700 metrów, albo 87 wyciągów według przewodnika. Głównego celu nie udało się zrobić, ale obydwaj stwierdziliśmy na koniec, że owspinani jesteśmy po uszy, więc zasadniczo osiągnęliśmy to, po co tam pojechaliśmy.

sas ciampac

Sas Ciampac i Adang/Old South Face (fot. Mikołaj Pudo)

Jeszcze na koniec urobek z wyjazdu. Dla ścisłości: w tekście podałem wyceny przewodnikowe, poniżej takie jak nam się udało zrobić. Liczba wyciągów przy każdej drodze, to tyle ile nam było potrzebne do ich zrobienia.

Tofana di Rozes, Aspettando la Vetta 6c OS, 8 wyciągów

Tofana di Rozes, Via Costantini-Apollonio VII+ OS 1xA0, 14 wyciągów

Tofana di Rozes, Via Costantini-Gherdina VI- OS, 14 wyciągów

Torre Brunico, Ottovolante 6c OS 1xA0, 11 wyciągów

Torre Brunico, Oltre la porta 6c OS 1xAF, 11 wyciągów

Sas Ciampac, Adang/Old South Face V OS, 8 wyciągów

 

Mikołaj Pudo

  • Kategoria: Górskie

Relacja z przejścia Desmaisona (Gousseaulta) na Grandes Jorasses

W dniach 11-14 października zespół Tomasz Klimczak (KW Warszawa) i Damian Granowski (KW Kraków) przeszli drogę Desmaisona (Gousseaulta) na północnej ścianie Grandes Jorasses. Jest to prawdopodobnie pierwsze polskie przejście i nie wiadomo, czy były w ogóle jakieś polskie próby na tej drodze.

Historia jej wytyczenia, może nie jest tak słynna jak pokonanie północnej Eigeru, ale zasługuje na uwagę. 

Rok 1971. René Desmaison należał do alpejskiej czołówki wspinaczy. Specjalizował się w zimowej sztuce cierpienia na największych alpejskich ścianach. Jego nowy cel to wytyczenie nowej drogi na płn. ścianie Grandes Jorasses, pomiędzy Całunem, a Filarem Walkera. Razem z młodym przewodnikiem Sergem Gousseaultem zaczynają się wspinać 11 lutego 1971 roku. Pierwsze dwa dni wspinania przebiegają sprawnie, ale trzeciego psuje się pogoda. Wspinają się dalej, pomimo gęstego opadu śniegu. Czwartego dnia spadający kamień przecina linę, a osłabiony chorobą (do której się nie przyznał) Serge zaczyna powoli słabnąć.

Warto dodać, że od początku wspinał się na drugiego, później gdy zaczął słabnąć doszło do odmrożenia rąk i ogólnego braku sił.

Serge nie był wstanie wybijać haków, więc Desmaison musiał przechodzić wyciąg, następnie zjeżdżać, wybijać haki i pomagać (czy wręcz wciągać) Sergea do kolejnego stanowiska. Tym sposobem w ciągu tygodnia pokonali zaledwie 300-400 metrów, jedzenie kończy się 19 lutego i 21 lutego byli zaledwie 100-150 metrów od wierzchołka. Tam Serge umiera, a Desmaison czeka na pomoc.

25 lutego wiatr się uspokaja i ratownicy z pomocą helikoptera ratują ocalałego. Spędza on kilka tygodni w szpitalu i potrzebuje niemal pół roku rekonwalescencji. Wkrótce też zostaje wydana książka “342 godziny na Grandes Jorasses”, tyle czasu spędził w niej René.

Tą historią żyła cała Francja. Dodatkowo wybuchł spór pomiędzy Desmaisonem, a Maurize Herzogiem, merem Chamonix, który oskarżał Desmaisona o celowe, jak najdłuższe przebywanie w ścianie. Desmaison znany był z nagłaśniania swoich wspinaczek i dużej medialności, także zarzuty mogły być nie bezpodstawne.

Dwa lata później Desmaison wraca na północną ścianę Żorasów i w dniach 10-17 lutego razem z Giorgio Gertone i Michele Clareta przechodzą nieukończoną drogę. W górnej części dopada ich załamanie pogody, ale udaje im się szczęśliwie zakończyć wspinaczkę, której nazwę dedykują tragicznie zmarłemu Gousseaultowi. Droga została wyceniona na VI 6a A1/A2, 1200m i musiała czekać kilkanaście lat na uklasycznienie. Dokonali tego w 2007 roku dwaj Szkoci (Guy Robertson i Pete Benson), którzy wykorzystali dobre warunki. Trudności klasyczne sięgnęły VI 6c M5/M6.

Do tej pory uchodzi za wymagająca wspinaczkę i ma stosunkowo niewiele powtórzeń. Raczej nigdy nie zostanie popularnym klasykiem. No chyba, że klasykiem z górnej półki :-). Dorobiła się również kilku wariantów startowych.

Aklimatyzację zrobiliśmy na Grani Cosmic, a prognoza na cały tydzień zapowiadała się nad wyraz korzystnie.

01a aklimatyzacja na grani cosmic

Akilimatyzacja na Grani Cosmic

01 dobor sprzetu

Dobór sprzętu

02 przed i po

Dzień wyjścia w góry. Fot. Tomasz Klimczak

W poniedziałek 9 października solidnie obładowani skierowaliśmy się spokojnym krokiem na Mer de Glace. Kolejka na Montenvers nie kursowała, więc mamy kilka punktów do stylu przejścia ;). Po południu dotarliśmy do schroniska Leschaux, gdzie zdecydowaliśmy, że następnego dnia wytyczymy ścieżkę po lodowcu i złożymy depozyt sprzętu pod ścianą. Reszta dnia przeznaczamy na odpoczynek i sen.

03 przygotowanie mentalne przed wbiciem sie w sciane

Rest w Lescheaux. Fot. Damian Granowski

04a podejscie

Wytyczanie trasy po lodowcu

11 października wbijamy się w ścianę, po początkowych (raczej łatwych) lodowych partiach wariantu startowego z stycznia 2000, Tomek wbija się w kominek za M5+, który od razu ustawia nas w szeregu. Duża ilość niezwiązanego śniegu i cienkie lodowe polewki w kominku sprawiają, że musimy się uciec do “azerowania”. Kolejne wyciągi nominalnie łatwiejsze, nie są wcale takie banalne. Problemem są warunki, gdzie jest sporo sypkiego śniegu. Spowalnia to wspinanie i osadzanie asekuracji. Dodać należy, że normą jest opukiwanie skały w poszukiwaniu litych fragmentów, to postępowanie będziemy stosować właściwie na całej drodze.

05 kominek za m5

Niebanalny kominek za M5+

Po łatwiejszych fragmentach czekają nas dwa trudniejsze wyciągi (M6 i M5), które wyprowadzają na drugą rampę. Jest to ładny drytooling, gdzie miejscami trzeba uważać na kruche bloki.

06a drugi wyciag M6 na szczyt I rampy

Wyciąg M5 na dojściu do szczytu Rampy I. Fot. Tomasz Klimczak

Pierwszy biwak zakładamy nad szczytem pierwszej rampy. Miejsce biwakowe jest dość mizerne, ale dzięki poddupnikom - wynalazkowi Klimasa - udaje się w miarę znośnie spędzić noc.

07 wejscie na druga rampe

Początek drugiego dnia

Drugiego dnia zmieniamy kolejność prowadzenia, aby Tomek mógł oszczędzać swoje palce. Druga rampa wita nas sypkim śniegiem i kruszyzną. Lodu jest zbyt mało, aby przebiec ten odcinek, więc trzeba rzeźbić. Dopiero gdy teren się kładzie napotykamy świetne warunki i przyjemne wspinanie. Trwa ono kilkadziesiąt metrów i oddaję prowadzenie, z myślą o tym, żeby partner mógł się powspinać dla przyjemności. Niestety tuż za zakrętem warun pogarsza się i zaczyna się walka.

08 Klimas na dojsciu do III rampy jeden z kluczowych wyciagow drogi

Dolny crux

Kluczowy dolny fragment (skalny teren pomiędzy drugą i trzecią rampą) Tomek przechodzi trochę klasycznie, trochę podhaczając. Drugi w tym wypadku małpuje holując za sobą dodatkowy plecak. Nad nami znajduje się “excellent bivi site”. Niestety zabrakło śniegu aby był doskonały, aczkolwiek trzeba przyznać, że skalne oparcie jest całkiem gładkie. W ruch idą poddupniki i jetboil.

Trzeci dzień wygląda podobnie. Najpierw trudny fragment, a następnie łatwiejszy, który szybko się kończy na rzecz kruszyzny i sypkiego śniegu. Celem jest dotarcie pod headwall lub zrobienie nawet kilku jego wyciągów. Na przeszkodzie stanął znowu trudny fragment, który musieliśmy haczyć. Wygląda na to, że w tamtym momencie niepotrzebnie zeszliśmy z rampy.

10 tuz przed 3 biwakiem pod headwallem

Koniec III rampy. Fot. Tomasz Klimczak

Pod wieczór Tomek wyprowadza nas do kociołka pod headwallem. Zakładamy tam nasz trzeci biwak. Nastroje nie są już tak dobre jak we wcześniejsze dni.

Czwartego dnia zaczynamy o pierwszym brzasku. Teren nad nami okazuje się ładnym drytoolowym wspinaniem (m.in. z użyciem rąk). Trzeci i czwarty wyciąg są w miarę łatwe, ale wysokość i kruszyzna robi swoje.

Kluczowy wyciag headwalla to piękne wspinanie (balder w środku wymagał zdjęcia rękawiczek), z wyjściem w lód. Rampa wyjściowa nie odpuszcza i warunki na niej są zmienne. Wspinanie kończymy po zachodzie słońca i na wierzchołku rozbijamy niezapomniany biwak.

11 kluczowy rowniez najpiekniejszy wyciag headwalla m6 wi3

Kluczowy wyciąg headwalla. Fot. Tomasz Klimczak

12 Klimas w sporej ekspozycji na kluczowym wyciagu headwalla

1000 metrów ekspozycji na headwallu. Fot. Damian Granowski

13 Klimas na rampie wyjsciowej

Rampa wyjściowa

14 szczyt

Fot. Tomasz Klimczak

15 biwak na wierzcholku

Wreszcie porządny biwak

Następnego dnia czekamy aż słońce nas nieco ogrzeje i schodzimy w palącym słońcu na południową stronę Grandes Jorasses. Normalna droga oferuje kruszyznę i zagrożenia obiektywne w postaci spadających seraków, więc emocje są, zwłaszcza jak jakiś głaz spada naszym śladem, z 5 minutowym opóźnieniem.

16 zejscie na poludniowa strone grandes jorasses

Zejście z Grandes Jorasses

Dość zniszczeni (zwłaszcza niżej podpisany) docieramy do schroniska Boccalatte gdzie zalegamy w komfortowych łóżkach :-).

Rano schodzimy do cywilizacji i delektujemy się zasłużonym śniadaniem, po ostatnich dniach postu.

17 przed i po

Po zejściu z gór. Fot. Tomasz Klimczak

Wyszliśmy w poniedziałek rano z Chamonix. Wróciliśmy w poniedziałek popołudniu. Cała akcja zajęła nam ok. 7 dni. W tym 4 dni wspinania na północnej Grandes Jorasses. Zastane trudności to w naszym odczuciu WI4, M6+, A1, R Całkiem niezła przygoda. Szczególne uznanie dla Tomka Klimczaka, który wymyślił ten cel i poprowadził “najbardziej przerąbane” wyciągi.

Specjalne podziękowania dla wszystkich osób które nas wspierały mentalnie, sprzętowo i trzymały za nas kciuki. 


Desmaison 10-13 października 2017, Damian Granowski i Tomasz Klimczak. 3 biwaki w ścianie i jeden na wierzchołku. 1200 m, M6+, WI4, A1, R. Topo i opis drogi znajdziecie na winterclimb.com. Filmową relację z kolei tutaj.

18 fototopo 

Damian Granowski (KW Kraków, Szkoła wspinania drytooling.com.pl, Team 8a.pl)

Tomasz Klimczak (KW Warszawa)

  • Kategoria: Górskie

Valchiavenna i Albigna

Dla każdego coś dobrego. Kilka praktycznych wskazówek w  Valchiavenna i Albigna.

 

Valchiavenna

Valchiavenna to rejon położony w północnych Włoszech, graniczący ze Szwajcarią, dający wiele możliwości wspinaczkowych. Szczególnie polecamy, gdy pogoda w Bregaglii nie rozpieszcza.

Możliwości noclegowe w okolicy to trzy campingi. My byliśmy tutaj: http://www.campingacquafraggia.com/camping_en.html

(Nie przejmujcie się karteczką, że nie ma miejsc - podejdźcie do recepcji i zapytajcie czy oby na pewno ich brakuje). Kolejny camping jest już w szwajcarskim Bondo (nie polecamy). Kolejny znajduje się 10 minut jazdy od Bondo w miejscowości Bregaglia, który polecamy https://goo.gl/maps/UPL4gpzem3D2 .

 

Camping w Chiavennie obsługiwany jest przez miły personel, w tym przez miejscowego przewodnika (IVBV). Wydaje nam się, że to on jest autorem lokalnego przewodnika. Książkę można zakupić na campie za niebagatelną kwotę 9 EUR lub w Intersporcie w Chiavennie. Można też korzystać ze strony, która najprawdopodobniej obejmuje wszystkie rejony: http://www.campingacquafraggia.com/climbindex_en.htm  (zachęcamy jednak do zakupu książki, ponieważ pieniążki ze sprzedaży przekazywane są na obicie nowych dróg oraz reekipowanie już istniejących).

 

Na zachętę.

5 min od campingu znajdują się pierwszy rejon.

1

W rzece poniżej wodospadu można zażywać kąpieli lub schładzać się ’bryzą’ ;-)

 

Co do wycen, pozostaniemy subiektywni, ale 5c to w większości przypadków nasze VI/VI-. Jeżeli w topo zaznaczone jest super obicie - to takie dokładnie tam jest. Skała nie jest wyślizgana i jest różna w zależności od rejonu. Znajdziemy sporo rajbungów, pionów, przewieszeń, krótkich sportowych dróg, wielowyciągów na własnej. W bibliotece klubowej znajdziecie przewodnik po Valchiavennie oraz Lecco.

 

W mieście znajduje się kilka dużych sklepów, w których zakupimy wszystkie potrzebne produkty. Ten, w którym my robiliśmy zakupy jest tutaj: https://goo.gl/maps/tAVwArvswLx . Polecamy z uwagi na sporo lokalnego asortymentu (wina, sery, szynki).

Intersport: https://goo.gl/maps/V4n3LpvKbr32

 

Szczególnie polecamy pizzerię (Pink Panther), która znajduje się niedaleko campingu (wystarczy przejść przez ulicę). Wystrój zewnętrzny nie zachęca: jest to różowa wstążka owinięta dookoła całego domu (...tak..wiemy…;)), przy czym sprawdziliśmy czterokrotnie- podają tylko jedzenie ;-)

 

Albigna

Łatwy dostęp, urocza sceneria, bliskość ścian sprawia, że Dolinę Albigna chętnie odwiedzają wspinacze z całego świata.

Jak trafić?

Najlepiej zaparkować przy kolejce, zakupić bilet, wyjechać i zamieszkać na górze nad zalewem. Nocleg w namiocie jest tolerowany, nie ma potrzeby ich składać na dzień. Oczywiście jest też schronisko (http://www.albigna.ch/).

 

DSC03951

 

Z okolicy zapory do schroniska jest około 40 minut. Po drugiej stronie zapory (idąc do schroniska) po prawej stronie znajduje się strumień, z którego czerpiemy wodę. W okolicy jest kilka koleb, w tym jedna dość spora. Należy liczyć się z tym, że w weekend wszystkie koleby mogą być pozajmowane. Bliskość kolejki vs podejście pod Spazzacaldera to 5 min.

 

2

 

To taki lokalny Mnich. Warto zaznaczyć, że gdy obicie podpisane jest w przewodniku jako ‘OK, tzn, że warto mieć ze sobą friendy/kości. Najpopularniejsza droga na tej ścianie to Via normale. Już po przyjeździe pierwszej kolejki ustawia się pod nią kilka zespołów. My wbiliśmy się o 14:30, na dole (przy namiocie) byliśmy o 19:30. Nie ma więc sensu lecieć tam bladym świtem. Reszta dróg jest godna polecenia zgodnie z gwiazdkami.

 

Co do Via Normale sugerujemy nie wchodzić w komin tylko przejść sobie obitą drogą po płytach, której tutaj nie ma w topo (4c/5a - na prawo od przerywanej linii z topo). Później zamiast przechodzić na prawo można zrobić wyciąg za 5c i albo iść dalej albo zjechać i kontynuować linią za 4c (na topo). Na wyciągach za 4a/b/ spodziewajcie się minimalnej ilości plakietek.

 

IMG 5764

Wyciąg za 5c. Jeżeli wyciąg nie zachęca idziemy zgodnie z topo na prawo i przechodzimy do wyciągu za 4c.

 

Po zdobyciu szczytu standardowo większość robi jeszcze drogę nr 12 - La Fiamma (6a). Zejście oznaczone jest kopczykami.

UWAGA: Po zakończeniu wspinania na szczycie warto zostawić jedną żyłę do zjazdu w terenie III, IV(?). Jest plakietka z maillonem.

 

Osoby, które lubią rajbungi znajdą w okolicy kilka sportowych propozycji (od 5a do 5c). Drogi startują prawie od stawu w kierunku schroniska. Do startu drogi wykonujemy dwa zjazdy.

IMG 0113

 

Powyżej lub w okolicy schroniska znajduje się sporo polecanych, długich dróg, czasem z zejściem/podejściem przez lodowiec. Około 5 min od Albigna Hutte znajdziemy mały rejon sportowy. Warto tam zajrzeć, gdy pogoda jest niepewna. Topo, zarówno okolicznych ścian, jak i rejonu sportowego,  znajdziemy w segregatorze w schronisku.

 

Około 50min od schroniska znajduje się południowa i pd-zachodnia ściana Piz Balzet. Bardzo ładne wspinanie w litym terenie. My robiliśmy tam Sudgrat. Jest to prosta propozycja dla zespołów, które rozpoczynają przygodę w tym rejonie. Stany są obite, sporo haków. Gorąco polecamy dokładnie zapoznać się z linią zejścia - nie jest ona do końca prosta. My mieliśmy szczęście spotkać przewodnika, który pokazał nam jak schodzić.

 

Kiedy nie ma pogody w Dol. Albigna prawdopodobnie jest w Val di Mello lub Chiavennie, co powoduje, że rejon ma wiele do zaoferowania dla każdego wspinacza na każdym poziomie.

 

A gdy już rozwspinamy się w Albignie, zrestujemy w Chiavennie, najwyższa pora wybrac się do Bondasci. Jest to niezwykle piękna dolina, nad którą góruje Piz Badile, Piz Cangalo, Sciory. Ale to już opowieść na zupełnie osobny artykuł…

 

Potrzebne książki:

  1. Solo Granito/ Nichts als Granit
  2. Topo Guide
  3. Graubunden- kletternfuhrer.

Dodatkowo:

  1. Topo dostępne i aktualizowane w schronisku
  2. Topo zakupione na campie

 

Marta Ziembla
Michał Majczak

  • Kategoria: Górskie

Andy zimowo - Cajon del Maipo

MY i nasze filaryZimowa wyprawa w Andy, Chile, rejon Cajon del Maipo od 20 sierpnia do 20 września 2017 r.
Uczestnicy:
- Adam Bielecki, KW Kraków, BLACK YAK.
- Paweł Migas, ŚKA Kielce.
- Jacek Czech, KW Katowice, KS Kandahar, „W SKALE” – szkoła wspinaczkowa Haliny i Jacka Czech.

Kalendarium wyprawy:

20 sierpnia. Nasze bagaże wylatują z Warszawy, my dwa dni później. W wyniku awarii samolotu do Santiago de Chile docieramy w środę przed południem. Na lotnisku wita nas Sebastian Rojas Schmidt – czołowy chilijski wspinacz i narciarz wysokogórski. Pakujemy się do jego Land Rovera i zaczynamy naszą andyjską przygodę. Późną porą (około 2 w nocy), po kilku godzinach jazdy po wertepach, docieramy w rejon Valle del Arenas.

24 sierpnia. Dzień ten traktujemy jako aklimatyzacyjny, poznajemy okolicę i lustrujemy podejścia pod okoliczne ściany oraz zapoznajemy się z wysokością docierając na skiturach do wysokości 3200 m.n.p.m.
Następnego dnia na „lekko” wspinamy się na łatwych jednowyciągowych lodospadach (WI 3, WI 4+) w sektorze La Resistencja, a wieczorem pakujemy plecaki na poważny wspin.

Adam w dolnych trudnościach RUTA POLACA26 sierpnia. Ponad nami wznosi się rozległa południowa ściana Cerro Arenas z opadającymi w stronę naszej bazy czterema ponad 1000 metrowymi filarami. Jako cel naszej wspinaczki wybieramy ten środkowy, opadający najniżej. Start (3020 m.n.p.m.). Wspinaczka to stałe trzymanie się przez kilkaset metrów biegnącej lekko diagonalnie formacji kominów i rys. Schodkowaty charakter ściany wymaga od prowadzącego czujności i delikatności na licznych połogach oraz mocy i sprytu na przewieszkach. Tworzenie nowej drogi w tak wielkiej ścianie ma swój „aromat” – jesteś odkrywcą tego czego jeszcze NIKT nie dotkną przed tobą, bo ty jesteś w tym miejscu pierwszym człowiekiem na świecie. Po 9,5 godzinach szukania i odnajdywania, wątpliwości i nadziei, zimna i potu, nerwów i radości, stajemy na szczycie centralnego filara Cerro Arenas (4020 m.n.p.m.) tworząc nową drogę „RUTA POLACA”, M5+, TD+, OS.

30 sierpnia. Wspinamy się na zachodniej skalnej ścianie Fondo Marino, gdzie pokonujemy eksponowaną, 6 wyciągową drogę „Nautilius” 220m., 5.10c, OS, z licznymi amonitami, stającymi się w czasie naszej skalnej wędrówki stopniami i chwytami.

1 i 2 września. Zmuszeni koniecznością zakupu prowiantu i zahaczając o skałkowy rejon EL ARRAYAN wspinamy się w sportowym, górskim rejonie TORRECILLAS. Wspólnie przechodzimy 8 wyciągową łańcuchówkę „5.120” + „Tres Monos” 280m., 5.11b, FL, a Adam z lokalsem Alexis dokłada do tego „Centro Masa” 90 m., 5.10c, OS.

Jacek w trudnościach Tesknoty8 września. Po kilkudniowym ładowaniu w skałach znów stoimy pod Cerro Arenas. Tym razem wspinamy się prawym, bardziej stromym i lekko wyższym filarze. Dachówkowate ułożenie płyt wyciska z nas wiele potu i emocji. Naszą formacją wiodącą jest wielka depresja, „diretissima”, gdzie trudności rosną wraz z wysokością z kulminacją w okolicach 3700 m.n.p.m.. Oj nie był to łatwy teren: płyty, trudna asekuracja, przewieszki, kruszyzna, kominki, uciekające godziny i siły, i WIARA, która pozwoliła mi liczyć, że nie odpadnę i że za kolejnym załomem też dam radę. Na szczyt filara (4050 m.n.p.m.) docieramy już w zupełnych ciemnościach. Od naszej bazy dzieli nas jeszcze kilka kilometrów, a od naszych kochanych rodzin tysiące, jesteśmy bardzo zmęczeni, szczęśliwi, że nie trzeba będzie się tej zimy już wspinać, że wracamy, że "Człowiek skazany jest na tęsknotę, bo na dole tęsknimy za górami a w górach za rodzinami", tak powstaje nasza druga droga
"TĘSKNOTA" ED-, M6, 900m, 13h , OS.
Kilkudniowe załamanie pogody nas nie martwi bo wypoczywamy. Jednak spanie w namiocie na śniegu, monotonne jedzenie, zimno i ogólnie niewygody zimy już delikatnie nas wkurzają. Odliczamy dni do wylotu i prowadzimy niekończące się „górskie opowieści”.

pod zacieciem Polakow13 września. Pojawia się małe okno pogodowe pozwalające nam na powrót na zachodnią FONDO MARINO w celu wytyczenia nowej drogi. Trochę słońca rozgrzewa nas optymizmem i napieram na dziewiczą płytę pod okapikiem. Kilka metrów wspinaczki „skayhook”, jedynka, zakładam spita i bam…, kotwa słabej jakości ukręca się i spada, czujnie odciążam „skayhooka” i wycofuję się do gleby. Decydujemy się na wspinaczkę systemem zacięć, rys i kominów przecinających diagonalnie ścianę. Ostatecznie drogę „ZACIĘCIE POLAKÓW” 180m., V+, 3,5 godz., OS, kończymy w lekko padającym śniegu.

14 września. Adam wraz z Nico de Lafuente Negro w sektorze LA RESISTENCIA robią nową czterowyciągową drogę 200 m., WI4, M4+.

15 września. Próbujemy lodowej wspinaczki na południowej ścianie Cerro Morado (powyżej 4000 m.n.p.m.). Jednak późna pora, dłuuuugie podejście, zmęczenie itp. powodują mój i Pawła brak wspinaczki, a Adama i Sebastiana rychłą z niej rezygnację.

17 i 18 września. Znów odwiedzamy skałki EL ARRAYAN, gdzie w czasie kilku wizyt pokonujemy około 50 dróg o trudnościach do 6c OS i 7b RP.

Jacek WI4la resistencja19 września . Jeszcze przed wschodem słońca wstajemy, aby przygotować się do wylotu i już tylko 17 godzin w samolotach, kontrola celna na Okęciu i znów stajemy po drugiej stronie kreski wyrysowanej farbą na podłodze. WRÓCILIŚMY – dzięki CI BOŻE.
Wytyczone przez nas drogi maja wycenę bardzo subiektywną i określoną przez zespół na podstawie naszych doświadczeń wspinaczkowych, po dyskusjach i sporach. Miło nam będzie , kiedy inne zespoły drogi te powtórzą i wypowiedzą się na temat naszych propozycji wycen. Długości dróg są deniwelacją od startu do końca wspinaczki, co w rzeczywistości sprawia, że suma długości poszczególnych wyciągów daje większe ilości metrów.
Wyjazd odbył się dzięki naszym oszczędnościom, wsparciu naszych kochanych żon i bliskich. Liofilizaty podarował nam LyoFood, a haki „Kazio”. Nadal liczymy na wsparcie PZA.
Wszystkim tym którzy nam kibicowali, modlili się za nami oraz w jakikolwiek sposób nas wsparli BARDZO DZIĘKUJEMY !

W imieniu Adama, Pawła i swoim z górskim pozdrowieniem : Jacek Czech ”W SKALE”. 
FOTO ARCHIWUM: Adam/Jacek.

baza