banner SWW

  • Bartek i Asia Klimas
  • Kategoria: Górskie

Norwegia - wspinaczkowe know how

Baltic Trip 07Ogólnie wrażenia

Ogólnie to warto, zdecydowanie warto odwiedzić Norwegię. Zarówno pod kątem wspinaczkowym jak i krajobrazowym. Kraj ten jest mocno zróżnicowany i powinien zachwycić każdego (no, może poza zwolennikami wielkich miast i turystyki sakralnej :).

Podczas podróży trzeba opanować w sobie instynkt japończyka i nie strzelać każdemu ładnemu widoczkowi zdjęć - bo to nie ma sensu - jest ich zbyt dużo.

W kontekście wspinania a konkretnie wspinania na Lofotach (bo tam spędziliśmy najwięcej czasu) - to absolutny top wspinaczkowy :)

 

Wspinanie

My zaliczyliśmy podczas naszej podróży wspin na Lofotach i w Sedestal. Ta pierwszy rejon jest zdecydowanie warto polecenia. Najwyższa jakość wspinania, rewelacyjne formacje (ach te rysy) i jakość skały. Niestety pogoda lubi tam być kapryśna - nam szczęśliwie udało się powspinać przez 5 z 7 dni.

W kontekście Sedestal, to mamy mieszane uczucia - dla osób lubiących połogie, tarciowe płyty, to może być atrakcyjna miejscówka. Dla mnie to nie jest raczej rejon w który bym się chciał wybrać drugi raz w najbliższym czasie.

 

Mapy

Polecam kupić sobie dobre mapy drogowe Norwegii, jeżeli planujemy się trochę powłóczyć po niej. Pomogą one nam zdecydowanie bardziej niż atlas drogowy Europy. W kontekście map turystycznych, to warto ściągnąć na komórkę LocusMaps i mapę Norwegii (darmowe). Warto też mieć aplikację na smartfona Norgescart. Pozwala ona na ściąganie dokładnych map Norwegii. Niestety ma to dwa istotne mankamenty:

- konieczność posiadania pakietów transmisji w roamingu (alternatywą jest częste odwiedzanie darmowych wifi),

- wersja darmowa aplikacji po relatywnie krótkim czasie usuwa zapisane i ściągnięte mapy. Tak więc pomimo tego, że skorzystamy z opcji załadowania danych dla danego obszaru celem pracy offline, to zostaną one często w chwili w której ich potrzebujemy usunięte. Dodam, że nie można załadować wcześniej map o dużej dokładności (powyżej 15).

Zasadniczą zaletą Norgescart jest duża dokładność map, która pozwoli nam planowanie wycieczek bez posiadania szczegółowych papierowych map danego rejonu. Jak się jednak okazało - są pewne ścieżki na LocusMaps, które nie były zaznaczone na Norgescart. Zatem dla piechurów polecam posiadanie tych dwóch map.

Na sam koniec warto mieć po prostu dobrą nawigację samochodową - ja korzystałem z iGO Europe i z małymi wyjątkami sprawdziła się ona bardzo dobrze.

Całość naszego wyjazdu: trasę i punkty charakterystyczne, możecie znaleźć pod tym linkiem.

 

Baltic Trip 11Podróż samochodem

To chyba najbardziej optymalny wariant podróżowania po Norwegii. Rowerem takich dystansów nie pokonamy, pieszo tym bardziej. Publicznego transportu do objazdówki chyba nie ma sensu rozważać.

Warto sobie zerknąć na listę narodowych odcinków dróg Norwegii. To wybrane i szczególnie piękne fragmenty, w których sama jazda jest niezłą frajdą.

Nam się zupełnie przypadkiem (nie znaliśmy tej listy wcześniej) udało wyhaczyć dużą cześć z nich :)

Podczas jazdy przez zalesione tereny w nocy warto uważać na renifery - nie są one co prawda tak szybkie jak nasze sarny, niemniej nie są też zbyt chętne do opuszczania jezdni jak już raz na nią wejdą :)

Tak czy siak trzeba na nie mocno uważać. Jak łatwo zauważyć - wielu lokalsów ma zamontowane dodatkowe reflektory z przodu samochodu do oświetlania sobie drogi, celem zobaczenia zwierzaków z wystarczającym wyprzedzeniem.

Dodatkowo zwykle na głównych drogach krajowych pas drogowy jest szeroko oczyszczony z drzew, przez co łatwiej zauważyć zwierzynę. My staraliśmy się nie jechać w nocy - jedno to bezpieczeństwo, drugie to fakt, że w nocy omijają Was widoki :)

Drogi

Generalnie w dobrym stanie, aczkolwiek jest na nich dużo remontów. Podobnie jest też z tunelami. Musicie uważać na jasno zielone tablice, które informują często o tym, że dany odcinek drogi/tunelu w związku z remontem, będzie zamykany np. na noc. Raz nam się zdarzyło, że musieliśmy czekać 1.5h aż nam otworzą tunel. Zwykle alternatywne trasy nie są atrakcyjne czasowo.

Co do prędkości - to idzie się przyzwyczaić do jeżdżenia w trybie 50/80. Jest dość dużo fotoradarów - o większości z nich jest wcześniej stosowna tablica informacyjna, niemniej zdarzają się i takie, które takiej nie mają :)

Za to przez cały przejazd przez Norwegię nie uświadczyliśmy ani jednego patrolu policji kontrolującego prędkość. Generalnie radiowozy zdarzyło nam się widzieć 2-3 razy.

Część dróg jest płatna - niektóre przy użyciu systemu Autopass (dobrze jest sobie w nim wyrobić wcześniej konto), niektóre w postaci szlabanu i terminalu płatniczego.

Zwykle o wysokości opłaty dowiemy się przed wjazdem na daną drogę, ale to też nie jest regułą. Czasem warto jest zapłacić i skrócić trasę. My spotkaliśmy się z opłatami na poziomie 80-120 NOK.

 

Baltic Trip 13Paliwo

Do tanich nie należy, ale da się wytrzymać. Ceny w sierpniu 2016 wahały się od 10.60 do 15 koron - tak więc rozrzut jest dość duży. Zwykle warto tankować w dużych miastach, a przy podróży na południe - im niżej tym lepiej (aczkolwiek to też nie było regułą).  

 

Pogoda

Bywa różna - od pięknego słońca, po ciężkie deszczowe dni. Warto sobie ją sprawdzać na norweskiej stronie yr.no - generalnie ich krótkoterminowe prognozy sprawdzają się z dużą skutecznością.

W kontekście wspinania - to niewątpliwym walorem podróży w lecie północnej części do Norwegii jest dzień polarny.

W przypadku letniego wspinania w okolicy Lofotów praktycznie nie będziemy potrzebowali czołówki, a i samo wspinanie możemy zaczynać dowolnie późno. Brzmi to idealnie, ale tak nie jest - jak nie ma słońca, to temperatura dość znacząco spada.

 

Przydatne drobiazgi

Nie ma sensu wymieniać potrzebnego sprzętu campingowego itp - zakładam, że każdy we własnym zakresie posiada własne patenty. Jedyne co warto uwzględnić, to ilość butli z gazem - my mieliśmy 2 x butle 2kg i obie praktycznie wykorzystaliśmy podczas tego wyjazdu. Przy czym nie ukrywam, że dużo na nim gotowaliśmy :)

Moskitiera - w namiocie ją macie, ale jak śpicie w samochodzie - to polecam kupić taką siatkę w castoramie i założyć na jedno z okien drzwi (od zewnątrz) w samochodzie, aby można było je na noc otworzyć i nie zostać pożartym przez komary.  

Wędka - wszyscy polecają - ja miałem, ale nic nie złapałem :( Dużo osób łowi skutecznie w Norwegii (w morzu nie trzeba na to mieć pozwolenia). Jeżeli ktoś chce spróbować, to niech lepiej wcześniej coś poczyta i się trochę przygotuje, bo mi tego zabrakło.

 

Jedzenie

Piwo / alkohol w Norwegii jest kosmicznie drogi, to nie legenda - lepiej zabrać zapasy ze sobą i nie przyznawać się do nich na granicy :)

W kwestii samego jedzenia, to też niestety, ale ceny w sklepach są znacznie wyższe niż u nas w Polsce. Jest szereg produktów w bardziej przystępnych cenach, niemniej dla oszczędnych polecam zabrać co się da z Polski.

Z dostępnych sieci marketów, Kiwi, jest tą siecią, która oferuje w miarę przystępne ceny.

 

Koszty

Ogólnie podliczając koszty paliwa, 5 promów, autostrad (Norwegia i Polska), jednego noclegu w hytta (200zł) i niewielkich zakupów spożywczych, wyjazd w 2016 zamknął się kwotą ok 5000zł na dwie osoby.  

Nie wliczam w to wszelakich zakupów spożywczo/budowlanych (przeróbka samochodu w minicamper) w Polsce :)

 

Linki:

Pełna relacja (dziennik podróży) z naszego wyjazdu.

Mini przewodnik rockfax.

 
 
  • Bartek i Asia Klimas
  • Kategoria: Górskie

Baltic trip 2016 - dziennik podróży

Baltic Trip 01Pomysł wyjazdu (mapa) pojawił się dość spontanicznie ok miesiąc przed nim.

Wśród potencjalnych celów był kolejny wyjazd do Chamonix/Alpy. Niemniej z racji tego, że potrzebowaliśmy czegoś nowego - wybór padł na Norwegię.

Świeżo kupiony samochód (Ford Galaxy - ps. Hodor) stwarzał dodatkowe możliwości w kontekście tego wyjazdu (zabranie dużo zapasów i możliwość przerobienia go na minicampera i spania w nim).

Celem jaki sobie obraliśmy były Lofoty - znany i charakterystyczny archipelag wysp na północy Norwegii.

O ich urodzie krążą legendy - jedynie co odstrasza to dystans do pokonania - ponad 3000 km z Krakowa.

Postanowiliśmy, że jedziemy w dwójkę i wyjazd nie będzie stricte wspinaczkowy, zatem dojazd na Lofoty zaplanowaliśmy przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię i Szwecję. Zyskał on sobie nazwę Baltic Trip :)

 

Podziękowania

Zanim zaczniemy ten przydługawy dziennik podróży, w pierwszej kolejności chcemy podziękować: Markowi Wielgusowi, Piotrkowi Górce i Tomkowi Reinfuss za cenne rady i przewodniki po Norwegii :)

 

Plan dojazdu

Generalnie są dwie szybkie alternatywy dojazdu samochodem na Lofoty - albo tą, którą wybraliśmy (przez kraje bałtyckie), albo promem z Niemiec/Polski i dalej przez Szwecję/Kirunę, aż do Narwiku.

Nasza opcja jest krótsza (ok 3000km) w porównaniu z opcją Szwedzką - (3400km), niemniej nie jest ona najszybsza.

Z tego co nam wiadomo, w Szwecji możemy liczyć na dłuższe odcinki autostrad, w naszej opcji - było ich relatywnie niewiele.

 

Baltic Trip 02Dziennik podróży (pisze Bartek)

Większość punktów które odwiedziliśmy, jak i naszą trasę znajdziecie na tej mapie.

dzień 0. (piątek 29.07) Prawie wyjazd

Miał to być dzień naszego wyjazdu - ja rano oddaję krew (dzień wolny) i ciśniemy od razu do Augustowa. Okazało się jednak, że realizacja konstrukcji łóżka do samochodu nie była taka prosta i zajęła więcej niż planowałem czasu.

Osobną kwestią były trwające w Krakowie światowe dni młodzieży i kapitalna atmosfera miasta, której nie chcieliśmy z Aśką ominąć.  

 

dzień 1. (sobota 30.07) Droga do Augustowa

Z dużym opóźnieniem pakujemy się i ruszamy w kierunku Maniusia - naszej znajomej, która zaoferowała udostępnienie nam noclegu w domku przy Augustowie (mieliśmy odebrać klucze).

Do planowanego celu podróży docieramy późno wieczorem - piękne plenery domku nad mazurskim jeziorem towarzyszą pierwszej testowej nocy w samochodzie.  

 

dzień 2. (niedziela 31.07) Wilno i Troki

Wyruszamy dość późno i jedziemy w kierunku Wilna. W planach mamy zobaczenie miasta, potem przejazd przez Troki.

Wilno samo w sobie specjalnie nas nie urzekło, za to Troki zrobiły duże wrażenie. Szkoda tylko, że to tak popularna miejscówka i dużo w niej ludzi.

Z Troków planujemy dojechać aż do Talinu. W poniedziałek mamy prom o 12 do Helsinek.

Drogi na Litwie, Łotwie i Estoni do szałowych nie należą - głównie to szerokie jednopasmówki. Na tzw trasie bałtyckiej jest relatywnie duży ruch tirów.

Do okolic Talina dojeżdżamy ok 1 w nocy i śpimy nad morzem - miejscówka do rewelacyjnych nie należała, więc i namiarów nie podaję :)

 

dzień 3. (poniedziałek 1.08) Talinn i Helsinki

Rano dojeżdżamy do samego Tallina i tankujemy pod korek samochód (w Skandynawii ceny paliwa są wyższe). Płyniemy promem Eckero Line - całość opłat (samochód i dwie osoby) to 75 euro. Można znaleźć połączenia już od 45 euro - trzeba tylko się dobrze wstrzelić i rezerwować z dużym wyprzedzeniem.

Przed wypłynięciem jeszcze zaglądamy na całkiem ładną starówkę miasta.

Promy Eckero Line odpływają z terminala A/B  - samochodem należy podjechać do bramek min 30min przed terminem wypłynięcia.

Na samym promie możemy posłuchać lokalnych artystów zabawiających turystów swoim repertuarem :)

Po ok 2 i pół godzinie jesteśmy w Helsinkach. Helsinki - to miasto już z innej bajki.

Abstrahując od samej architektury - polecamy wybranie się na Main Square przy promenadzie/porcie. Tam są całkiem fajne namioty z lokalnym jedzeniem i całkiem tanio. Można tam np. dostać dużą porcję szprotek z ziemniakami i surówkami za 10e. Kawa/herbata i chleb w cenie.

Z Helsinek zmykamy na północ w kierunku Lahti i dalej w kierunku Jyvaskyla. Plan jest taki, aby gdzieś po drodze w tej krainie jezior znaleźć nocleg.

W tym celu polecam stronę excursionmap(http://www.retkikartta.fi/) oraz mapę z listą kąpielisk w Finlandii (zgubiłem link). Ja na chybił trafił wybrałem jedno z nich (Kiivilampi) i ustawiłem jako cel podróży - jak się okazało był to strzał w dziesiątkę.

Trafiliśmy na genialne jeziorko w środku lasu z parkingiem, przebieralniami i kibelkami. Jeziorko jest z pomostem, a woda przejrzysta i relatywnie ciepła.

Przyjeżdża tam relatywnie niewiele lokalsów - my tam zabiwakowaliśmy (w samochodzie).

Noc była już dość jasna - dzień polarny.  

 

Baltic Trip 04dzień 4. (wtorek 2.08) Ach ta Finlandia

Po porannej przebieżce wokół jeziora dość leniwie ruszamy w kierunku północnym (miasto Oulu).

Finlandia jakkolwiek piękna, jest w dłuższej perspektywie cholernie nudna - ciągle lasy i jeziora :)

Po dojeździe do Oulu (miasto nad Bałtykiem) robimy zakupy fińskiej wódki i paliwa (12,5 korony za litr) i ciśniemy dalej w kierunku już Szwecji i górniczego miasta Kiruna. Po drodze odbijamy w poszukiwaniu miejscówki na obiad i finalnie znajdujemy ją na przystani w miejscowości Granholmen.

Nocujemy przy drodze do Kiruny w lesie w miejscówce z kibelkami i miejscem na ognisko.

 

dzień 5. (środa 3.08) Szwecja i Norwegia

Rano zatrzymujemy się w górniczej Kirunie - czasu nie mieliśmy zbyt duża, ale poza poza drewnianym kościołem, kopalnią, hałdami i darmowym wifi w informacji turystycznej nic ciekawego znaleźliśmy. Podobno ciekawa jest wycieczka do widocznej w oddali kopalni żelaza (w końcu dzięki niej powstała linia kolejowa Kiruna-Narwik)- niemniej na to trzeba zarezerwować trochę więcej czasu. Kiruna jest też lokalnym punktem przesiadkowym - minęliśmy w mieście dużo turystów z plecakami. Zaczynają się tez pojawiać w końcu pierwsze górki.

Z Kiruny kierujemy się już na Narvik (Norwegia). Po drodze zaliczamy obiad w pięknej miejscówce nad jeziorem.

Po krótkiej kontroli na granicy (gdzie jedziecie, po co, i ile alkoholu macie) - wjeżdżamy do Norwegii. Od samej granicy wkraczamy do zupełnie innego, bajkowego świata. Domki na skale, jeziorka, krajobraz mocno górzysty - jednym słowem rewelacja:)

Po dojechaniu do wybrzeża odbijamy w kierunku Narwiku celem zatankowania (okazało się, że niepotrzebnie) i szybkiego zobaczenia miasta. W Narviku można zobaczyć terminal przeładunkowy żelaza z Kiruny jak i pozostałości po działaniach naszych żołnierzy walczących tutaj podczas II wojny światowej. Jak kogoś nie interesuje historia i technika, to śmiało może sobie to miasto odpuścić.

Z Narwiku zawracamy na północ i ciśniemy już na Lofoty. Po drodze mijamy pylony spektakularnego mostu (w budowie) - który skróci tą trasę dość mocno. Jego ukończenie planowane jest w 2017.

Pomimo późnej pory i padającego deszczu Lofoty prezentują się rewelacyjnie. Krajobraz jest bajkowy - my pierwszy biwak na Lofotach wybieramy polecaną przez wszystkich plażę Kalle - popularny darmowy camping dla wspinaczy.

 

Baltic Trip 06dzień 6. (czwartek 4.08) Pierwszy wspin na Lofotach

Wylądowaliśmy na dość popularnym, ale za to ustronnym campingu. Jest urocza zatoczka z dużymi pływami (przy odpływie trzeba przemaszerować ok 300m do wody :) Są kibelki, co prawda wątpliwej, jak na Norwegię jakości no i jest bieżąca woda.

Jest on utrzymywany przez lokalną społeczność i jest na nim dość dużo miejsca do spania/parkowania.

Powoli zapoznajemy się jakie ściany są nad nami i wybieramy cel na popołudnie. Jest nią 4 wyciągowa dróżka za V+ UIAA z top50 przewodnika Rockfax wiodąca piękną rysą. Dojście pod nią zajmuje nam całe 10min. Ścieżka do niej zaczyna się tuż za kibelkami i ucieka prawo w las.

Droga ładna i oferująca fajne wspinanie w ciekawej rysie - generalnie na rozruch doskonała.

Na szczycie skałki podziwiamy rewelacyjny widok na zatokę i odległe wybrzeże Norwegii.

Ze skałki wątła ścieżka wiedzie w dół (po zejściu trawers w lewo pod skałą) do początku drogi.

Wieczór - o ile można tak powiedzieć (tu cały czas jest jasno) spędzamy na plażowaniu i oglądaniu kolejnych sektorów (ach ten Stormpillar).

Na wybrzeżu jest mnóstwo skałek idealnie nadających się do ćwiczeń do wspinania w rysach. Od takich zupełnie prostych, po te już dość poważne.

Nie ruszamy się na razie nigdzie dalej - zostajemy na campingu na kolejną noc.

 

dzień 7. (piątek 5.08) Blue Berry

Za kolejny cel wspinaczkowy wybieramy drogę Blue berry (kolejna z top50 Rockfaxa) - położona w głębi Djusfiordu. Podejście to ok 60min, początkowo wzdłuż fiordu, a później stromo do góry w kierunku dobrze widocznej ściany.

Już na samym dole podejścia  zobaczyliśmy zespół na naszej drodze - zażartowałem do Aśki, że jeszcze zdążymy ich dogonić w ścianie - niestety okazało się, że tak się stało.

Przed nami pod ścianą był jeszcze jeden zespół (podobnie jak i  za nami) - niemniej zgodzili się oni nas przepuścić (czy my wyglądamy aż tak źle?:)

Droga wiedzie systemem rys i zacięć (w sumie 7 wyciągów) - jest piękna i zdecydowanie warta polecenia.

Już na 4 wyciągu dogoniliśmy wspomniany wcześniej zespół delikatnie pytając, czemu tak się grzebią. Oni stwierdzili, że lubią spędzać czas wspólnie w ścianie... no to zostawiłem to już bez komentarza.

Na szczęście zespół chyba się nas przestraszył i odpuścił po 5 wyciągu i zjechał na dół. My po skończeniu drogi, też zjechaliśmy, korzystając z dedykowanych do tego zjazdów po prawej w płycie.

Po powrocie do samochodu pojechaliśmy do uroczego miasteczka Henninsvaer położonego na wyspach. Rekonesans miał też na celu znalezienie kolejnego miejsca do spania. Finalnie wylądowaliśmy na uroczej plaży Rørvikstranda i tam rozbiliśmy namiot (kolejne miejsce do tego przystosowane). Miejscówka jest super (kibelki, bierząca woda), wieczorny widok - niezapomniany.

Tego też wieczora rozpocząłem, jak się później okazało, nieskuteczną przygodę z wędkarstwem na tym wyjeździe :) Moja żonka postanowiła mi wcześniej sprezentować wędkę, celem konsumowania w dużej ilości pięknych i dorodnych ryb morskich na kolacje. Plotki głosiły, że ryby w Norwegii to i na żyłkę biorą ;) Okazało się, że ani żyłka, ani nawet przynęta ich nie skusiła :(

 

Baltic Trip 09dzień 8. (sobota 6.08) Pierwsza VI

Coś nam słabo idzie wstawanie i zbieranie się do wspinania tego dnia. Plan był taki, aby spróbować się zmierzyć z rysowymi trudnościami VI na Lofotach. Pogłoska głosiła, że wyceny są tu dość zacne i trzeba dodawać +1 do nich. V-tkowe wyciągi, które robiliśmy, trzymały trudności, ale mieliśmy wrażenie że głównie dlatego, że jeszcze nie byliśmy rozwspinani w rysach.

Uderzamy na bliski parkingu i popularny sektor Gandalf. Jest na nim dość duży wybór ładnych, acz krótkich (2-3 wyciągi) dróg.

Wypatrzyliśmy piękną VI (Tromsø ekspressen) co biegnie (w sumie 3 wyciągi) systemem zacięć i zaczyna się jednym z największych na ścianie. Droga z oddali prezentowała się groźnie i majestatycznie - jak się później okazało, z bliska, wcale taka trudna nie była. Po jej skończeniu - schodzimy ścieżką na dół - do podstawy ściany.

Plan był taki, aby zmierzyć się jeszcze z jedną VI, ale pogoda nie nastrajała do tego (lekka mżawka) jak i potencjalne drogi były już zajęte.

Warto wiedzieć, że lokalnych ścianach rzadko możemy znaleźć stanowiska zjazdowe, jak i w ogóle stanowiska, czy też pozostawioną przez kogoś protekcję. Generalnie dominuje styl clean :) Tak więc w przypadku załamania pogody - jesteśmy skazani na własną inwencję i sprzęt :)

Finalnie odpuszczamy i jedziemy na nasz camping pichcić obiad i zażywać kąpieli w chłodnym oceanie.

 

dzień 9. (niedziela 7.08) Gandalf

Relatywnie szybki poranek i znów lądujemy pod Gandalfem - robimy mega klasyka (o nazwie Gandalf zresztą) wariantem oryginalnym za VI+, potem szybkie zejście i dokładamy piękną dwuwyciagową dróżkę za VI.

Plan zrealizowany - wracamy na camp (w prognozie zapowiadali po południu opad) - pakujemy namiot (kolejny dzień do zlewa) i gotujemy obiad.

Po ogarnięciu się ruszamy w końcu w kierunku celu naszej podróży czyli do wioski o enigmatycznej nazwie A (ostatnia litera w alfabecie norweskim), która znajduje się na samym końcu Lofotów.

Te 100 km drogi, to prawdziwa bajka - krajobraz zmienia się od łagodnego i przyjaznego, po surowy i groźny.

Po drodze znajdujemy piękną dolinkę, która wiedzie do Nusfjord - ściany górskie onieśmielają, a sama wioska, jak i fiord pozostawiają niezatarte wrażenie.

W końcu docieramy do A - tak jak się spodziewałem, niewiele tam jest, poza końcem drogi lądowej :) Szybki spacer na klif i po miasteczku i wracamy na jeden z pobliskich parkingów, aby na nim zjeść obiad i przenocować. W nocy mają przyjśc opady - i tak też się stało.

 

Baltic Trip 12dzień 10. (poniedziałek 8.08) Bajkowa plaża

Wstajemy dość późno - ze względu na deszcz i jedziemy do upatrzonego 50 km wcześniej parkingu z wiatkami, aby pod nimi zrobić obiad i przeczekać niepogodę.

Podczas szaleństw obiadowych (grzanki, naleśniki) - kończy się pierwsza 2kg butla z gazem - czyli prawie zgodnie z planem (mamy dwie).

W międzyczasie obserwujemy polskich wędkarzy jak poniżej bezskutecznie próbują złowić ryby (nie jestem sam :)

Decydujemy że jedziemy dalej zwiedzać - może coś ciekawego znajdziemy

Po drodze mijamy drogowskaz na plażę w Haukland - skręcamy i jedziemy. Docieramy do najbardziej bajkowej miejscówki jaką spotkaliśmy na Lofotach.

Teoretycznie nie można na niej campować, ale nikt się tym nie przejmuje :) Plaża i okolice są rewelacyjne. Na wieczór jeszcze chcemy zrobić trekking wokół pobliskiej góry. Tzn Asia idzie, ja ide się przebiec. Pętelka jest rewelacyjna - zajmuje mi ok 50min. Plan był taki że dobiegnę do Aśki, która wyszła z 30min wyprzedzeniem. Problem jest taki, że jej nie spotkałem - okazało się że odbiła na pobliski szczyt i tak się minęliśmy. Nic to - była okazja do zrobienia jeszcze jednej pętelki :)

Na drugą stronę góry co jest przy plazy można się dostać tunelem albo tą ścieżką. Po drugiej stronie jest koniec Norwegii :) - generalnie mocno polecam ten trekking/przebieżkę.

Po zakończeniu, krótka kąpiel w morzu i ciśniemy dalej. Plan był taki aby zobaczyć jeszcze dwie polecane miejscówki (gwiazdki na mapie) m.in Eggum (z pobliskim sektorem sportowym). Generalnie to ciężko je polecić. Wjazd na plażę w Eggum był płatny a ta druga miejscówka nie oferowała nic ciekawego.

 

dzień 11. (wtorek 9.08) Dupówa

Od rana znowu leje - więc niespiesznie się zbieramy. Plan jest taki, że jedziemy do miasta Svolvaer na rozpoznanie :)

W miasteczku uderzamy do informacji turystycznej (free WiFI!:) kupujemy jakieś kartki i znaczki. Potem jedziemy na obiad i kolejne połowy - niestety znowu straciłem przynętę :(

Lądujemy finalnie z powrotem na plaży w Kalle. Chwilowo przestało padać, niemniej mocno wieje - plan jest aby uderzać na upatrzony Vesterpillar na Presten kolejnego dnia. Niestety w nocy wciąż leje - wygląda to słabo.

 

Baltic Trip 14dzień 12. (środa 10.08) VesterPillar na Presten.

Wstajemy w miarę wcześnie - jest lampa. Ogarniamy śniadanko i ciśniemy pod Presten (podejście 10-15min). Filar jest zachodni - wiec do końca nie jestem przekonany czy jest sens jechać na niego wcześnie rano. Przewiduję słońce dopiero ok 12-13 w ścianie. Niemniej meldujemy się wcześniej - okazuje się, że w ścianie jest już jeden trójkowy zespół, pod startem drogi szpeją się zaś dziewczyny ze stanów. Za nami jeszcze ciśnie trójka z Norwegi - oni cwaniacko postanawiają uderzyć na oryginalny start do drogi - krótszy i łatwiejszy. Jak się później okazuje - wyprzedzają nas i dziewczyny (wariant dochodzi do głównej drogi) i przez co mamy później dodatkowe godziny czekania na stanowiskach.

Dziewczyny ze stanów okazały się całkiem sprawnym zespołem - prowadziła tylko jedna, druga zaś tylko asekurowała. Niestety, ze względu na przestoje droga zajęła nam zdecydowanie wiecej niż planowaliśmy ( w sumie do 9 i pół godziny) z czego czekania w ścianie było ok 3h...

Opis drogi (w nawiasie prowadzący wyciąg):

  1. V+ (A) Relatywnie czujny początek sekwencją zacięć.

  2. VI-(B) Crux to dość palczasta sekwencja w zacięciu z lekkim klinowaniem.

  3. VI (B) Czujna sekwencja na płycie - parametryczna.

  4. V (B) Łatwe przewinięcie i podejście przez trawiastą półkę.

  5. IV (A) Z wielkiej póły lekko połogim zacięciem w lewo aż do jego końca.

  6. VI- (B) Dość czujne zacięcie i później trawers w lewo trawiastą półą do kolejnej półki ze stanem.

  7. VI (A) Piękny wyciąg na początku lekkim zacięciem, potem sekwencja dwóch rys.

  8. V+ (B) Czujne zacięcie/flejk na początku, później kolejne, tym razem leżące (trochę mokre) zacięcie.

  9. VI (A) Piękne i lekko leżące zacięcie z dobrą asekuracją. Całość trzeba poprowadzić na dobrym tonusie ciała - nie ma za dużo stopni - większość na tarcie. Asia trochę pomarudziła, że siły nie ma itp. Niemniej z racji tego że asekuracja była pancerna pozakładała odpowiednią ilość przelotów. Ja na drugiego miałem jedną konkluzję - na pewno nie miałbym na prowadzeniu tyle siły, aby aż tyle przelotów zakładać :) Piękny wyciąg.

  10. IV (A) Zygzagowaty wyciąg.

  11. V+ (B) Fajne zaciątko na początek, potem lekkie obniżenie i czujny trawers do trawiastego żlebu (III+). Tutaj chyba najlepiej zmienić buty i cisnąć w podejściówkach do góry. Ja robiłem to w wspinaczkowych i chyba bałem się najbardziej na całej drodze, bo trawy były mokre i błotniste. W żlebie powinno się założyć stan, niemniej my już na lotnej do końca pociągnęliśmy. Jedna rada - na pewno warto się w tym żlebie asekurować, bo można w zupełnie nieprzewidywalnej chwili z niego wyjechać (szczególnie po opadach).

 

Zejście:

Najlepiej iść w kierunku widocznego po lewej stronie szczytu. Ścieżka ze szczytu Presten wyraźnie prowadzi w tym kierunku. W pewnym momencie rozdziela się - w lewo do przełęczy, w prawo na szczyt. Spod wspomnianego szczytu zejście na sam dół wyraźną ścieżką aż do zatoki.

 

Ogólne wrażenia:

Droga to faktycznie turbo klasyk - ciężko jej nie polecić :) Różnorodne formacje, wyciągi z cruxami, jak i ciągowe - dobra jakość skały (z małymi wyjątkami) jak i pancerna asekuracja. Niemniej wg nas do zupełnie łatwych nie należy - do wyceny należałoby dołożyć co najmniej plusik, a miejscami i cały stopień. Na pewno warto być rozwspinanym w VI trudnościach aby wiedzieć czym one pachną na Lofotach :)

 

Pod wieczór znów jesteśmy w Kalle gdzie robimy hot dogi z kiełbasy z grilla i pieczonego chleba.

 

Baltic Trip 17dzień 13. (czwartek 11.08) Wyjazd z Lofotów

Opuszczamy Lofoty. Finalnie korzystamy z promu z Lodingen do Bognes. Jest generalnie kilka alternatyw jak się wydostać z Lofotów - trzeba sobie to zbilansować cenowo (paliwo)  i czasowo. Można np dojechać na sam koniec do Moeskens (miejscowość tuż przed A) i stamtąd wziąć prom do Bodo. To już długa przeprawa no i kosztuje odpowiednio więcej.

Po dotarciu do Bognes generalnie ciśniemy na południe poprzez malownicze klimaty Norwegii.

Noc nas zastaje w odludnym parku Saltfjelled. Już nie jest tak jasno w nocy, więc ryzyko wpakowania się w renifera jest duże, tym bardziej że do nocy dołączyła jeszcze mgła. Finalnie nocujemy w okolicach ośrodka który symbolicznie wyznacza granicę koła podbiegunowego.

 

dzień 14. (piątek 12.08) Dalsza podróż i wieczorne Trondheim

Całość trochę pochmurnego dnia schodzi nam na dojeździe do Trondheim. Warto wiedzieć, że ekspresówki, na które wjedziemy przed miastem są już płatne za poszczególne odcinki. Podobnie jak i sam wjazd do miasta. Są to opłaty na poziomie 1-40 NOK.

Do miasta przyjeżdżamy relatywnie późno.

Trafiliśmy na zjazd starych (chyba głównie amerykańskich) samochodów. Starych, ale jarych - jest dużo Mustangów, Dodge, Chevroletów itp. Bryki są dość mocno odpicowane i jest ich dużo. Wygląda na to, że to kolejny konik Norwegów.

Co do samego miasta, to starówka jest całkiem ładna. Warto zobaczyć kanał miejski (Ostre Kanalhavn) z ciekawą nadbrzeżną zabudową, przejść się dzielnicą Bakklandet i okolicami starego szpitala Hospitalslokka - takie trochę klimaty jak z krakowskiego Kazimierza i Podgórza. Dodatkową atrakcją Bakklandet jest winda rowerowa (pierwszy raz coś takiego widziałem), która wiedzie na zamkowe wzgórze (z widokiem na miasto).

Ładna też jest katedra w centrum - niemniej jak w większości kościołów wstęp do niej jest płatny. My niestety byliśmy na tyle późno, aby do niej wejść.  

Faktem jest jednak, że znaleźliśmy jeden otwarty kościół w centrum. Niemniej to co zastaliśmy w środku dalekie było od tego do czego się przyzwyczailiśmy w Polsce. W kościele urządzona była knajpka, gdzie podawano kawę i ciastka. Było tam tez dużo bezdomnych imigrantów śpiących po ławkach. Generalnie rzecz ujmując - smutny to był dość widok - taki trochę schyłek chrześcijaństwa.

Po tym relatywnie krótkim spacerze ruszamy dalej na południe - dalej jadąc E06 aż do miejscowości Dombas. Potem skręcamy na E136, która wiedzie pod ścianę Troli, czyli doliny Romsdalen.

Nocujemy kilkanaście kilometrów za Donbas na fajnym dwupoziomowym parkingu.

 

Baltic Trip 15dzień 15. (sobota 13.08) Ramsdal, Trollweggen i droga Troli

Rano spotykamy na parkingu wycieczkę Koreańczyków, która też jedzie zobaczyć ścianę i drogę Troli. Generalnie mocno zainteresowani są tym jak i z czego sobie przyrządzamy śniadanie :)

Niestety przy dojeździe do Romsdalen pogoda nam nie sprzyja - trochę leje i jest niski pułap chmur.

Tak czy siak widok robi wrażenie- ściany są dodatkowo poprzecinane białymi kreskami wodospadów. Po drodze jest po lewej atrakcja w postaci masywnego wodospadu przy drodze - warto zobaczyć.

Zatrzymujemy się w centrum turystycznym pod ścianą Troli. Dolną część ściany widzimy, jednak górna już skrywa się w chmurach. Widok jest imponujący.

Zjeżdżamy do miejscowości Andalsness i tam chwilę zatrzymujemy się w centrum informacji (ach to Wifi;) i robimy jakie zakupy z pamiątkami.

Ja kupuję błystkę do łowienia, niemniej i tak ją później przy kolejnym łowieniu gubię :(

Ciśniemy dalej w kierunku drogi trolli. Okazuje się ona spektakularną serpentyną wiodącą w otoczeniu stromych ścian i dwóch solidnych wodospadów. Na jej końcu jest oczywiście kolejne centrum turystyczne z platformami widokowymi i sklepami z pamiątkami. Niemniej wszystko jest w miarę z gustem zrobione - utrzymane w surowym górskim klimacie.

Ciśniemy dalej uroczą górską dróżką w kierunku Linge i promu. Wiedzie ona cudnym płaskowyżem o dość surowym charakterze w otoczeniu wysokich ścian skalnych. Zjeżdżamy finalnie do promu i przeprawiamy się do Eldstal. Stamtąd znowu serpentynami do góry, potem zjazd do kolejnego fiordu i kolejnej uroczej miejscowości i znów dalej do góry. Droga mega widokowa - niestety - trochę przeszkadzają nam chmury i mgła. Po kolejnej przełęczy (1038m) zjeżdżamy kolejnym płaskowyżem na dół w otoczeniu jeziorek i rozsianych wokół nich Hytt.

Finalnie zatrzymujemy się nad jeziorkiem Breidalsvatn (chyba) na fajnym parkingu. Próbuję znów swoich sił w łowieniu ryb  i znowu gubię błystkę. Niemniej zyskuję kilka dodatkowych punktów doświadczenia wędkarskiego :)

 

Baltic Trip 19dzień 16. (niedziela 14.08) Śnieżna droga i karmienie fiordów z Hytty

Rano budzi nas słoneczko i po kąpieli w jeziorku i śniadaniu spędzonym na obserwowaniu rybaków, którzy wyciągają swoje puste sieci z jeziora, ruszamy dalej w kierunku Lom. W samym Lom jest piękny kościółek - oczywiście wstęp płatny - za 60NOK. Ideologicznie nie płacimy za wstęp do kościoła - więc robimy fotki kościoła z zewnątrz i jedziemy dalej - naszym celem droga olbrzymów.

Wiedzie ona na północy masywu Jotunheimen - najwyższego w Norwegii. Dla tych spragnionych trekkingu - chyba najlepszą opcja od tej strony jest dojechanie do Spiterstulen (droga płatna - opłata w schronisku, nie ma szlabanu - chyba 120NOK). Stamtąd startuje duża część szlaków na najwyższe szczyty masywu. Aby się jednak na nie wybrać - trzeba mieć już raki - duża część szlaków wiedzie lodowcem.

My ciśniemy dalej - podjeżdżamy jeszcze drogą do Juvashytta - ale ona też okazuje się płatna - rezygnujemy i jedziemy dalej drogą olbrzymów.

Po drodze mijamy jeden uroczy hotel hotel (warto się zatrzymać) z wysoką kamienną kolumną prezentującą historię Norwegii. Hotel ma ciekawą historię - warto o niej poczytać.

Na przełęczy Krossbu zostawiamy samochód, aby zrobić sobie wycieczkę w okolice widocznego na południu szczytu. W schronisku dostajemy informację, że wyprawa tam tylko przy opiece przewodnika (taaa - jasne). Podchodzimy szybko do lodowca, omijamy go ścieżką po lewej i wychodzimy na garb wiodący do samego szczytu. Niestety był to już kawał drogi, a sam szczyt był w chmurach - więc odpuszczamy go i schodzimy inną drogą na dół do samochodu.  

Jedziemy dalej - wstępnie zaplanowaliśmy zjechać główną drogą i dalej promem. Okazało się jednak że od schroniska Turtago wiedzie płatna droga (80NOK) do Arda, która znacznie skraca ten dystans. Zatem wybieramy ją i znowu kosmicznymi klimatami pniemy się pod górę serpentynami, aby za przełęczą opaść w dół do Ardal.

Dojeżdżamy do tej miejscowości, która leży nad zatkanym fiordem - mianowicie w miejscowości wcześniej najwyraźniej obsunęły się oba zbocza i go zablokowały - teraz tam jest miasteczko. My po przerwie na obiad ciśniemy w kierunku wjazdu na tzw śnieżną drogę z Laerdal do Auralnds. To dość wąska dróżka biegnąca przez kolejny piękny płaskowyż. Ciężko się powtarzać, ale kolejne kilometry robią duże wrażenie. Na przełęczy jest dość dużo śniegu i wyraźniej niższa temperatura. Spotykamy tam Polaków, co też podróżują po południu Norwegii. Co ciekawe, przed nami na przełęcz wjeżdżał też taki mocno kopcący mini autobus. Sami zastanawialiśmy się, kto się nim zapuścił w to miejsce (zakaz wjazdu samochodów z naczepą i o długości chyba powyżej 12m). Na parkingu okazało się, że jest do dość słusznej postury austriacki tatuś z gromadką dzieciaków. Autobus przerobiony na campera miał z boku naklejone urocze kaczuszki - jak widać, da się i tak skutecznie zwiedzać Norwegię :)

Ruszamy dalej na dół - po drodze zaliczamy jeszcze dość spektakularną platformę widokową na najdłuższy fiord na świecie (fjord jak fjord) :)

Zjeżdżając z śnieżnej drogi do samego Aurlands napotykamy ładnie położone hytty z widokiem na ten fiord. Decydujemy się skorzystać - jeszcze próbuje z właścicielem trochę stargować cenę - niemniej u nich chyba to zupełnie nieakceptowalne zachowanie. Zostaje zatem przy pierwotnym 450 NOK. Trochę dużo, ale warto było :)

Wieczór upływa na werandzie hytty i sączeniu piwka/herbaty.

 

Baltic Trip 21dzień 17. (poniedziałek 15.08) Jotunheimen część 2

Rano godzinny trening podbiegów i po śniadaniu jedziemy ponownie w kierunku Jotunheimen, tym razem od wschodniej strony masywu. Jest tam polecane do zobaczenia miejsce - wąski grzbiet, który oddziela dwa jeziora leżące na różnej wysokości. Już sam dojazd robi duże wrażenie. Odmiennie od drogi olbrzymów - tutaj przemieszczamy się rozległymi kosmicznymi płaskowyżami, przypominającymi trochę amerykańskie prerie.

Po dotarciu na miejsce (Mauranger Beseggen) zostawiamy samochód na skrzyżowaniu - dwa parkingi leżące w głębi są płatne i średnio opłacalne, bo kosztują 120NOK a oddalone są tylko o 2km. Jest też ścieżka, która wiedzie w kierunku interesującego nas grzbietu.

Aby dojść do wspomnianego miejsca, trzeba najpierw wejść na szczyt 17xx, a potem z niego zejść ok 300m. Na LocusMaps znaleźliśmy alternatywną ścieżkę zejściową (co nam da ładną pętelkę) - co ciekawe, na Norgescart jej nie było. Liczyliśmy, że jednak nie będziemy musieli się wracać tą samą drogą, gdyż była ona dość długa i nudna. Od parkingu zajęła ona nam do szczytu 2h, zaś do samego przewężenia - ponad 2h30min. Miejsce jest faktycznie magiczne - ponad wielkim jeziorem poniżej, znajduje się kolejne (ok 300m wyżej) - całość oddziela grzęda szerokości ok 10m stromo opadająca w dół.

Po drodze znaleźliśmy naszą ścieżkę, której szukaliśmy - nie był to najwyraźniej oficjalny szlak, bo nie był oznakowany. Wiodła ona wielkim zachodem i stromo schodziła do ścieżki biegnącej wokół niższego jeziora. Generalnie nie jest to łatwe zejście i raczej trzeba być mocno na nim skoncentrowanym, bo ewentualne poślizgnięcie może się zdecydowanie źle skończyć. Po opadach wg mnie ono zupełnie odpada. Zdecydowanie też lepszym rozwiązaniem jest podchodzenie nią, niż schodzenie. Ścieżka kończy się przy jeziorze na piargu z usypanym wielkim kopcem.

Niestety po zejściu czekał nas dość długi spacer wzdłuż brzegu jeziora, aż do schroniska i potem aż do samochodu. Całość wycieczki, dość szybkim tempem zajęła nam 5h15min.

Zdecydowaliśmy, że prześpimy się na jednym z wielu parkingów na płaskowyżu z widokiem na leżące poniżej jeziorka.

 

dzień 18. (wtorek 16.08) Podróż do Sedestal

Poranek przywitał nas w końcu słońcem - przez co o wiele lepiej się wstawało.

Mieliśmy sporo wątpliwości jak się dostać do Sedestal - naszego ostatniego przystanku podróży po Norwegii. Nawigacja ostro nas we wszystkich wariantach wypychała w kierunku Oslo i dopiero potem odbiciem do Sedestal. Wyglądało to na średnio optymalny wariant.

Znaleźliśmy zdecydowanie krótszą wersję, ale biegnącą cienkimi dróżkami przez przełęcze. Stwierdziliśmy, że spróbujemy - już raz przejazd przez takie drogi okazał się ciekawy i widowiskowy.

Najpierw jedziemy do Fagemes (duże miasto). Tam tankujemy - jak się okazało, trzeba było zrobić to jeszcze niżej na południe. Chyba ceny maleją wraz z odległością do Niemiec :)

Kolejnym przystankiem jest Gal i z niego ciśniemy na południe aż do drogowskazów na Rodberg. Piękna widokowa dróżka (po drodze kąpiel w jeziorze) zaprowadza nas do tej miejscowości. Z niej wracamy się trochę w kierunku Geilo aby za chwilę odbić w prawo w kierunku Rjukan - co do tej drogi mieliśmy największe wątpliwości. Okazuje się ona rewelacyjną podróżą przez kolejny płaskowyż z jeziorkiem i masą Hytt. Mocno polecamy tą drogę :)

Po dojechaniu do Rjukan bacznie przyglądamy się miasteczku i ścianom je otaczającym - w końcu jest to mekka lodowego wspinania. Nasuwa nam się jedna konkluzja - że w Romsdallen jest ich zdecydowanie więcej - ale to może było związane, że jechaliśmy tam po/w trakcie opadu.

Z Rjukan jedziemy do Amot i dalej z niego na Dalen. Tu już drogowskazy nas kierują na Valle - czyli centrum wspinaczkowego Sedestal.

Dojeżdżamy wieczorkiem, na wjeździe do miasta znajdujemy super miejscówkę do przenocowania - kąpielisko z dużym parkingiem. Podjeżdżamy jeszcze zobaczyć nasza jutrzejszą ścianę i klasyk klasyków Sedestal, drogę East of Easy.

Jeszcze na powrocie do miejscówki planowanie promu do Dani i kolację robimy racuchy z jabłkami i dżemem truskawkowym :) Wszystko oczywiście w towarzystwie Perły niepasteryzowanej.

 

Baltic Trip 22dzień 19. (środa 17.08) Królestwo połogu

Jak na każdym wyjeździe, tak i na tym pojawiła się lekcja pokory. W sumie to raczej wkurzenia niż pokory.

Naszym celem dzisiaj miała być droga East of Easy za 7-. Jako jedyna miała ona cztery gwiazdki w przewodniku, dlatego poszła ona na pierwszy ogień. Czytając przewodnik nie do końca byłem pewien co oznacza rozszerzenie wyceny drogi o skalę powagi E (bynajmniej nie chodzi o skalę brytyjską).

Wg przewodnika w Sedestal z drogi w skali od E0 do E3. E0 oznacza, że droga jest obita, albo ma dobrą asekurację tradową.

E1 oznacza, że runouty występują na wyciągach -2 od stopnia trudności drogi.  

E2 oznacza, że runouty występują na wyciągach -1 od stopnia trudności drogi.

E3 oznacza, że runouty występują w na wyciągach które są w stopniu trudności drogi.

 

Zatem mając drogę 6 E2 - możemy oczekiwać, że problematyczna asekuracja może być na wyciągach 4 itd.

My wybraliśmy się na drogę 7- E1/2 w sektorze Loefjell-Bigwall. W opisie stało, że na drodze poza stanami jest wbitych 10 spitów. Pierwsze 3 wyciągi (3, 4+, 5) ich nie mają. Przypuszczaliśmy że mają one jakąś naturalną asekurację. Okazało się, że nie do końca.

Pierwszy wyciąg za 3 okazał się obity - biegł on połoga płytą i wydawało się, że nie powinno być żadnych trudności w tym stopniu (3+) - tak też mniej więcej i było, ż tym, że skała nie oferowała tak dobrego tarcia jak alpejski granit. Zdarzały się sytuacje, że wykruszała się pod butem powodując lekkie jego obsunięcie.

Po dotarciu do stanu i zerknięciu na topo okazało się, że na całym drugim wyciągu faktycznie nie ma żadnego spita, ale co ciekawe - nie ma i żadnej miejscówki do założenia asekuracji.

Okazało się, że z okazji przygotowywania sąsiedniej drogi zostały dobite spity na pierwszym wyciągu naszej. Ta nowa, na drugim odbijała w prawo, nasza w lewo.

Ja jeszcze kontrolnie podszedłem dwie wpinki tą drugą drogą aby zerknąć na wyciąg naszej oryginalnej drogi, czy też faktycznie gdzieś się nie ukrywają jakiś spity, albo ryski do założenia asekuracji. Albo mnie wzrok mylił, albo takowych nie zauważyłem.

Zjechałem i zdecydowaliśmy się, że przy takim podejściu do obicia tej drogi, to sobie nią odpuszczamy. Runout w postaci 50m wyciągu za 4+ czy też kolejnego za 5 to nie jest szczytem naszych marzeń wspinaczkowych.

Tym bardziej że wyciągi biegną połogą płytą, a skała nie jest alpejskiej jakości.

Wyciąg może i nie jest trudny, ale wystarczy lekkie obsunięcie nogi spod stanu i mamy 100m lot do samej gleby. I to z wyciągu za 4+ - średnio nas taka perspektywa interesowała. To raczej głupie ryzyko i średni pomysł autorów drogi. Już 2 spity na takim 50m wyciągu by radykalnie zmieniały sytuację. Wycofujemy się finalnie

Po zjeździe wbiliśmy się kontrolnie w inną drogę (trzygwiazdkową) Blue - tym razem za 6- E1 sportową (Loefjell-Plaisir), z większą ilością boltów na wyciągach.

Mi trochę siadła psycha na wyciągu za 6- i zjechałem przed końcem - mocny to ja w połogich płytach nie jestem.

Aśka za to bez większego problemu poprowadziła ten wyciąg. Dalsze dwa wyciągi za 5+ robiłem ja, ostatni (co było celnym strzałem) - Aśka.

Obicie było przyzwoite (po 8 boltów na 55m-60m wyciągi).

Dla fanów wspinania w połogu droga może się podobać - nam tak średnio przypadła do gustu, szczególnie po rewelacyjnym wspinaniu w rysach i zacięciach na Lofotach.

Szybkie zjazdy i wieczorny rest we wczorajszej miejscówce (kąpielisko) - w przeciwieństwie do wczoraj (pusto) tym razem już pełnej kamperów i namiotów.

 

dzień 20. (czwartek 18.08) Jeszcze jedna próba

Podczas dość długiego poranka przeglądaliśmy potencjalne cele wspinaczkowe. Myśleliśmy o jakiś sektorach sportowych na południu Norwegii, albo o jakiejś kolejnej drodze (może o odmiennym charakterze) w Sedestal. Finalnie zdecydowaliśmy, że damy temu rejonowi jeszcze jedną szansę i wbiliśmy się tym razem na łatwiejszą, 8 wyciągową, drogę Kaa&Co 5- E2 w sektorze Bo-Neverland.

Podejście dość wymagające, no a sam widok ściany z dołu nas trochę przygnębił (padło pytanie - po co ktoś takie rzeczy obija?)

Nic - spróbujemy. Droga biegnie w połogiej duże płycie i nie jest specjalnie wymagająca, aż do tego stopnia, że dość często trzeba się schylać do wpinek :)

Przebiegliśmy ją w 1h50min, 8 zjazdów zajęło nam 50min.

Chyba takie drogi będą naszym celem na późną starość, chwilowo jednak wolimy takowe, w których trzeba korzystać z rąk nie tylko do podpierania i robienia wpinek.

Ogólne wrażenie z Sedestal możemy określić mianem średnich - wspinanie bez szału, a obicie bywa wątpliwe.

Miałem nawet rozmowę na ten temat z jednym z napotkanych Szwedów. Sam stwierdził, że rejon jest bardzo nierówny i brak mu konsekwencji w kwestii obijania. Polecał inne rejony gdzieś na wschodzie - charakter podobno zbliżony do Lofotów.

Po zejściu jeszcze czekała nas kąpiel w pobliskim jeziorku i ciśniemy dalej na południe doliny. Krajobraz jak to w Norwegii bajkowy. Po dojechaniu do Evje odbijamy na Arendal - w okolicach którego śpimy.

Jutro mamy prom z Langeslundu do Danii (Hirtshals).

 

Baltic Trip 23dzień 21. (piątek 19.08) Pożegnanie Norwegii

Śniadanie urządziliśmy sobie na przystani w uroczej miejscowości Kragero, potem pojechaliśmy w kierunku Porsgrunn. Miasto średnio ciekawe, ale okazało się, że znaleźliśmy pierwszy dostępny, normalny kościół w Norwegii. Z Porsgrunn zawróciliśmy w kierunku Langeslund. Już jak zajeżdżaliśmy do terminala półtorej godziny przed - był on prawie pełen samochodów czekających na nasz prom. Więc i my poczekaliśmy, aż ta wielka kolubryna zawitała do portu i nas załadowała na swój pokład. Prom był w wersji low budget (75 euro za całość) - czyli płynie on 2x dłużej niż normalne (czyli 4 i pół godziny). Niemniej podróż w taką pogodę jest super.

Po dopłynięciu do Hirtshals ciśniemy na południe Danii bez specjalnych przystanków  - plan jest taki, aby jeszcze odwiedzić polskie wybrzeże.

Śpimy gdzieś w okolicach Rostocka.

 

dzień 22. (sobota 19.08) Jak tu pięknie    

Docieramy do Świnoujścia, tu nas czeka ostatnia przeprawa promowa i jedziemy w kierunku 'perły' naszego wybrzeża - Międzyzdrojów.

Nigdy w tym mieście nie byłem, ale nasłuchałem się o nim dużo różnorodnych opinii. Nam generalnie po powrocie z dość surowej Norwegii lekko przaśny klimat naszego wybrzeża odpowiadał :) Można tanio rybkę zjeść, dostać naleśniki i popcorn na plaży - czegoż można chcieć więcej ;)

Ostatni nasz nocleg na tym wyjeździe mamy w Dziwowie na kwaterce.

 

dzień 23. (niedziela 20.08) Dom

Po przystnaku w Poznaniu i w Częstochowie dojeżdżamy finalnie do Krakowa wieczorem. Trip się udał, samochód - wytrzymał. Generalnie - będzie co wspominać :)

 

Link do artykułu know how o Norwegii.

Baltic Trip 07

 
 
  • Kategoria: Górskie

Podsumowanie sezonu zimowego 2015-2016

Dolina Jaworowa

fot. Maciej Rabsztyn

Tatrzańskie zimy przyzwyczaiły nas już chyba do faktu, że warunki mogą się zmienić diametralnie w przeciągu kilku dni. Tak też było w minionym sezonie: w grudniu i styczniu mogliśmy wspinać się po fantastycznych betonach, po czym w lutym nadszedł duży opad śniegu (z maksymalnym jednodniowym przyrostem pokrywy śnieżnej o 40 cm w rejonie Morskiego Oka) i dopiero w kwietniu ponownie nastały świetne warunki wspinaczkowe. Niezmiernie cieszy fakt, że warunki lodowe były bardzo dobre, dzięki czemu wylały lodospady, które tworzą się niezwykle rzadko, np.: Bocekov lad na Małym Kieżmarskim i Titanova pasca na Rogowym Grzebieniu. W przypadku tego ostatniego wielką przyjemność załojenia go miał niżej podpisany. Dodać jednak należy, iż zabrakło wisienki na torcie, czyli wkoszenia kluczowego sopla - był on nieco zbyt wątły.

Jak zwykle najwięcej wspinano się w rejonie Hali Gąsienicowej i Morskiego Oka, szczególnie na ścianach, które są łatwo dostępne i raczej krótkie. Niemniej nasi klubowicze atakowali również drogi dłuższe i poważniejsze, a do tego zapuszczali się w doliny mniej uczęszczane (Białej Wody, Jaworowej). Dużą popularnością cieszyła się zatem Diretissima MSW (3 przejścia) i droga Motyki na wschodniej ścianie Łomnicy (3 przejścia).

Jak zwykle również nie zawiódł nasz eksportowy wspinacz, czyli Damian Granowski. Z jego wykazu wymienić warto chociażby Rosyjską Ruletkę (M8- WI4) na progu WCK pokonaną w stylu on-sight i przejście północnej ściany Eigeru drogą Heckmaira. Damian u progu sezonu letniego ponownie groził że tym razem doładuje na palce i zacznie się wreszcie wspinać sportowo po naszym ukochanym jurajskim mydle. Trzymamy kciuki!

Mieliśmy okazję spotkać się na dwóch wyjazdach klubowych: w Dolinie Białej Wody i nad Morskim Okiem. Niestety jak to zwykle bywa w przypadkach wyjazdów zaplanowanych z dużym wyprzedzeniem - karty rozdawała pogoda, przez co warunki wspinaczkowe pozostawiały wiele do życzenia. Oprócz tego miało miejsce sporo mniejszych wyjazdów integracyjnych. Często całkowicie przypadkowych, jak chociażby jedna styczniowa sobota w Dolinie Jaworowej, kiedy to pod Jaworowym Murem spotkało się 8 osób związanych z Klubem.

Obecnie mamy już sezon letni. Czekamy więc z niecierpliwością na mocne przejścia. A ponizej lista przejść zimowych o których mi wiadomo. Oczywiście może to być lista niepełna. Jeśli brakuje na niej jakichkolwiek przejść, to proszę o informację.

 

Mikołaj Pudo

 

 

Hala Gąsienicowa

Świnica, Prawy Dorawski V

  • Paweł Pieńkowski, Hubert Lipczyński

Świnica, Filar V

  • Brunon Józefczyk, Agnieszka Adamczyk, Hubert Lipczynski

Czuba nad Karbem, Droga Potoczka IV

  • Paweł Pieńkowski, Aleksandra Wiewióra

Czuba nad Karbem, wariant własny pomiędzy Potoczkiem i Głogowskim V

  • Jakub Kokowski, Kuba CIechański

Czuba nad Karbem, Droga Głogowskiego III+

  • Dominik Skoczylas, Krzysztof Gołąb

Czuba nad Karbem, Droga Niemca IV+

  • Łukasz Iwon, Krzysztof Buławski

Kocioł Kościelcowy, Droga Klisia V

  • Lukasz Gołębiowski, Krzysiek Czyżewski, Piotrek Zdanecki

  • Paweł Górka, Adam Kawula

  • Paweł Pieńkowski

  • Michał Semow, Michał Gabzdyl, Krzysiek Buławski

  • Przemek Patelka, Mateusz Kosakowski

Kocioł Kościelcowy, Droga Kochańczyka III

  • Przemek Patelka, Mateusz Kosakowski

  • Michał Semow, Michał Gabzdyl, Krzysiek Buławski

  • Paweł Górka, Alicja Kozakiewicz

  • Michał Natkaniec, Tomek Byrski

Zadni Kościelec, Setka 4+

  • Jakub Kokowski Michał Czech

Zadni Granat, Filar Staszla V

  • Jakub Kokowski, Marcin Gromczakiewicz

  • Dominik Skoczylas, Krzysztof Gołąb

Pośredni Granat, Żebro Rzepeckich IV

  • Paweł Pieńkowski, Aleksandra Wiewióra

Pośredni Granat, okolice Środkowego Żeberka IV+ (?)

  • Marta Ziembla, Michał Majczak

 

Dolina Buczynowa

Buczynowa Strażnica, Komin nie-Pokutników M5, WI3

  • Paweł Pieńkowski, Brunon Józefczyk

 

Rejon Morskiego Oka

dolny bieg Mnichowego Potoku, Dwoista Siklawa, prawa nitka WI2

  • Michał Natkaniec, Tomek Majchrzak, Dawid Wojtas

dolny bieg Mnichowego Potoku, Dwoista Siklawa, lewa nitka WI2

  • Michał Natkaniec, Tomek Majchrzak, Dawid Wojtas

Próg Mnichowy, Kuluar Kurtyki WI3

  • Joanna Dulemba, Mikołaj Pudo

  • Anna Resiak, Damian Granowski, Łukasz Ziółkowski

  • Izabela Czaplicka, Asia Klimas

Próg Mnichowy, Wesołej Zabawy IV

  • Jakub Kokowski, Kuba CIechański

  • Łukasz Buławka, Krzysiek Buławski

  • Michał Kuzdro, Marcin Szymkowski, Krzysztof Kalkowski

  • Paweł Górka, Adam Kawula, Dariusz Pilecki

  • Dominik Skoczylas, Krzysztof Gołąb

  • Paweł Pieńkowski, Aleksandra Wiewióra

  • Bartek Klimas, Bogumił Pawlak

Turnia Zwornikowa, Talon na balon M5

  • Paweł Pieńkowski, Hubert Lipczyński, Krzysztof Sobiecki

Kazalnica Cubryńska, Jagiełło-Roj M5

  • Paweł Pieńkowski, Brunon Józefczyk

Mięguszowiecki Szczyt, Diretissima M5

  • Magdalena Drózd-Ryś, Adam Ryś

  • Paweł Pieńkowski, Brunon Józefczyk, Hubert Lipczyński

  • Asia Klimas, Bartek Klimas

Czołówka MSW, Szare Zacięcie M7

  • Jakub Kokowski, Wadim Jabłoński

  • Paweł Pieńkowski, Brunon Józefczyk

Bula pod Bandziochem, Droga Blondyna III

  • Lukasz Gołębiowski, Krzysiek Czyżewski

  • Marta Ziembla, Michał Majczak, Jarosław Kruczek

Bula pod Bandziochem, Bez znaczenia V-

  • Lukasz Gołębiowski, Krzysiek Czyżewski

  • Marta Ziembla, Michał Majczak, Jarosław Kruczek

Bula pod Bandziochem, W poszukiwaniu trudności/Żebro V

  • Izabela Czaplicka, Asia Klimas

Bula pod Bandziochem, Kombinacja Dróg Żebro i Żlebem III

  • Paweł Góka, Adam Kawula

  • Piotr Zdanecki, Krzysiek Buławski

Bula pod Bandziochem, Bladym świtem M6+

  • Ilona Gawęda, Asia Klimas

  • Wojtek Anzel, Maciek Chmielecki

Bula pod Bandziochem, W samo południe V+

  • Wojtek Anzel, Piotr Boryło, Jakub Gałka

  • Marta Ziembla, Janusz Rosa

  • Paweł Górka, Adam Kawula, Dariusz Pilecki

Bula pod Bandziochem, Żebro V

  • Marta Ziembla, Michał Majczak

Kazalnica Mięguszowiecka, Droga Korosadowicza V

  • Michał Majczak, Mariusz Lange

  • Paweł Pieńkowski, Aleksandra Wiewióra

  • Brunon Józefczyk, Hubert Lipczyński

Kocioł Kazalnicy, Sprężyna M7/7+

  • Damian Granowski, Kacper Tekieli

Kocioł Kazalnicy, Długosz-Popko M6+

  • Paweł Pieńkowski, Hubert Lipczyński

Próg WCK, Popko-Sołyga M4

  • Brunon Józefczyk, Hubert Lipczyński

Próg WCK, Cień Wielkiej Góry M6-

  • Brunon Józefczyk, Hubert Lipczyński

Próg WCK, Orzeł z Epiru M6+

  • Brunon Józefczyk, Radek Robak, Hubert LIpczyński

Próg WCK, Brągiew siwa M6-

  • Paweł Pieńkowski, Hubert Lipczyński

Próg WCK, Rosyjska ruletka M8- WI4

  • Damian Granowski, Mikołaj Pudo

 

Dolina Białej Wody

Czerwona Skałka, Mrozekov ľad WI4

  • Paweł Pieńkowski, Brunon Józefczyk

Niżnia Młynarzowa Przełęcz, Wielki Młynarzowy Żleb II WI2

  • Jakub Gałka, Michał Gabzdyl, Piotr Zieliński

próg Doliny Ciężkiej, Ciężki lodospad WI3

  • Wojtek Anzel, Michał Natkaniec

próg Doliny Kaczej, Hviezdoslav WI2

  • Wojtek Anzel, Michał Natkaniec

Zadni Gierlach, Droga Komarnickich III WI4

  • Krzysztof Grzegorczyk, Piotr Zieliński

Ganek, Północno-wschodni filar V+

  • Tomek Reinfuss, Bartek Szeliga

Wysoka, Droga Stanisławskiego V

  • Tomek Reinfuss, Bartek Szeliga

 

Dolina Jaworowa

Żabi Wierch Jaworowy, Cigánska hračka M3

  • Izabela Czaplicka, Bartek Klimas, Asia Klimas

Skrajna Jaworowa Przełęcz, Polski Komin WI3 M4

  • Joanna Dulemba, Mikołaj Pudo, Maciej Rabsztyn

Rogowy Grzebień, Tytanowa Pułapka WI4 (bez kluczowego sopla)

  • Marcin Pudło, Mikołaj Pudo

 

Dolina Kieżmarska

Wielka Świstówka, Druhý ľad pod Svišťovkou WI3

  • Andrzej Michalski, Marek Ciaś, Mateusz Szybowski

Wielka Zmarzła Dolina, Závojový ľad WI3

  • Andrzej Michalski, Marek Ciaś

Kołowy Szczyt, Pośrednia Kołowa Drabina II WI3 (?)

  • Maciej Chmielecki, Damian Granowski, Bartek Szeliga

Czarny Szczyt, Żleb na Papirusową Szczerbinę WI2 III

  • Wojtek Anzel, Maciek Chmielecki, Mikołaj Pudo

Wyżnia Kieżmarska Przełęcz WI3

  • Damian Granowski, Bartek Szeliga

Mały Kieżmarski Szczyt, Droga Szczepańskiego IV

  • Andrzej Michalski, Marek Ciaś

 

Dolina Łomnicka

Łomnica, Droga Motyki WI3 M5

  • Wojtek Anzel, Marcin Pudło, Mikołaj Pudo

  • Ilona Gaweda, Joanna Klimas, Marcin Drwota

  • Jakub Kokowski, Wadim Jabłoński

 

Dolina Staroleśna

Zahradky WI5

  • Damian Granowski, Olga Kosek, Wojciech Radzik

Sławkowska Kopa, Jaminská vežička IV+

  • Paweł Pieńkowski, Paweł Szymankiewicz

 

Rejon Doliny Mięguszowieckiej

Tępa, Pilar Direct V

  • Radek Robak, Hubert Lipczynski  

Tępa, Banán extra M5

  • Paweł Pieńkowski, Hubert Lipczyński

Tępa, Żebro Galfy'ego III

  • Paweł Kamiński, Paweł Gut, Krzysztof Badyla, Sławomir Cholewa, Sebastian Przybyłowicz

  • Bartek Klimas, Bogumił Pawlak

Lukasz Gołębiowski, Krzysiek Czyżewski, Piotrek Zdanecki

  • Paweł Górka, Adam Kawula, Dariusz Pilecki

Tępa, Lewy wariant Żebra Galfy'ego IV

  • Izabela Czaplicka, Marcin Drwota, Asia Klimas

  • Marta Ziembla, Michał Majczak

Tępa, Żebro Puszkasza III

  • Izabela Czaplicka, Asia Klimas

  • Marta Ziembla, Michał Majczak

Kończysta, ściana W, Żleb na Kahulską Strbinę IV

  • Wojtek Anzel, Krzysiek Czyżewski

Wysoka, Droga Motyki IV WI3

  • Tomasz Reinfuss, Piotr Zieliński

  • Paweł Pieńkowski, Hubert Lipczyński

 

Inne

Grindenwald, Eiger, Droga Heckmaira WI4, V, A0

  • Michał Dorocicz, Damian Granowski

Norwegia, Grotfjord, Hugin, Ormen lange III-3, M4/M4+, AI3

  • Paweł Góka, Adam Kawula, Paweł Kęciek

Norwegia, Grotfjord, Nonstind, Nordegga III-2/3, M5

  • Paweł Góka, Adam Kawula, Paweł Kęciek

Norwegia, Grotfjord, Masyw Hugina, Lodospad o nieznanej nazwie WI3+

  • Paweł Góka, Adam Kawula, Paweł Kęciek

  • Bartłomiej Klimas
  • Kategoria: Górskie

Relacja z Ushby - Droga Gabriela Khergianiego

2014 07 15 165036 P1000777 AiB KlimasW tej relacji pokrótce opiszemy jak wyglądały nasze (Ilona Gawęda, Iza Czaplicka, Asia i Bartek Klimas, Mikołaj Pudo) zmagania z drogą Gabriela Khergianiego (5B) na południowym wieszchołku Ushby (4710m)

Tym co średnio kojarzą tą górę to pokrótce można powiedzieć, że ona ma dość charakterystyczny kształt (dwa wierzchołki: pn i pd), południowy wierzchołek jest wyższy i trudniejszy do zdobycia. On też był naszym celem - aby się na niego dostać wybraliśmy najłatwiejszą drogę - czyli drogę Gabriela Khergianiego (rosyjskie 5B). 
Ściany Ushby oferują dużo solidnego wspinania, a sama góra, jak i jej otoczenie ma dość niepowtarzalny charakter. 

Warto na samym początku podziękować Marcinowi Rutkowskiemu (Rutek) i Pawłowi Kaczmarczykowi (Kaczmar) za cenne rady w pokonaniu tej ściany.

Topo
Przebieg naszej drogi znajdziecie na zdjęciach w galerii.
Legenda to topo:
- przebieg naszej drogi: ciągła czerwona linia + przerywana w przypadku kiedy jest ona przysłonięta przez formacje skalne,
- alternatywna wersja na dole: czerwoną przerywaną linią,
- zjazdy - na niebiesko. 

Logistyka
W kwestii logistyki dostania się po ścianę, to temat jest relatywnie prosty (najbardziej charakterystyczne punkty podróży zaznaczyłem na mapie).

Lot Katowice - Kutaisi. Już na lotnisku można złapać taksówki i busy, które nas zawiozą do Mestii. Dobrze jest pogadać z kierowcą i po drodze zrobić zakupy w Zugdidi. Jest tam duży targ i można dostać dużo towarów.

Do Mestii można dotrzeć już tego samego dnia co się przyleciało - jak się dobrze przyjrzeć, to po drodze już widać Ushbę.

W Mestii śpimy w jednym z dostępnych hosteli - my wybraliśmy ten na rynku w pobliżu europejsko wyglądającej knajpki z wifi. Jeżlei potrzebujemy jakiś kartuszy z gazem - to w Mestii jest szzansa je kupić.

Z Mestii załatwiamy transport do leżącej w pobliżu miejscowości Mazeri. Dobrze jest dzień wcześniej zgłosić swoją wyprawę do lokalnej grupy ratowniczej (dodajmy, że na całej drodze jest dostępny zasięg sieci komórkowej). Na dojeździe do Mazeri (do samej miejscowości nie dojeżdżamy) jest posterunek graniczny, na którym też należy się zameldować i uzyskać zgodę na wyjście w góry. Trzeba powiedzieć jak długo orientacyjnie będziemy działać, że nie wybieramy się broń Boże na stronę rosyjską (relacje gruźińsko-rosyjskie do najcieplejszych nie należą). 

Kierowca wysadza nas w korycie rzeki - stąd można już piechotą dojść do bazy pod Ushbą.

My wynajęliśmy dwa konie, aby część worów wrzucić na nie. Podejście do bazy zajmuje ok 3h. Rozłożyliśmy ją na pięknych łąkach w pobliżu moreny lodowca. Teren do tego nadaje się wyśmienicie (płasko, łąka, blisko woda) z mały wyjątkiem - jest tam dość dużo pasących się zwierząt. Nam ( a konkretnie Mikołajowi) krowy, podczas wspinaczki podjadły trochę namiot :(

W ramach rekonesansu i aklimatyzacji podeszliśmy na przełęcz na przeciwko Ushby - z niej lepiej widać było przebieg naszej drogi. Droga generalnie trochę kluczy w ścianie, aby dojść finalnie do pierwszego biwaku i ścianki problemowej, na której są całe trudności (VI klasyczne). Po jej pokonaniu zostaje jeszcze duży kawał wspinania aż do samego szczytu.

Po rekonesansie w końcu wyczekaliśmy na okno pogodowe i uderzyliśmy - dzień wcześniej podchodząć na nocleg na lodowcu i transportując większość sprzętu pod start drogi. 

Dalej już zapisy z mojego dziennika pokładowego:)

2014 07 06 140040 P1000400 AiB KlimasStart: 10.07.2014
Wstajemy o 1:30 w nocy i jemy trochę chleba (słabo wchodzi) z kiełbasą + trochę herbaty i zwijamy namioty. Trochę się grzebiemy i finalnie po 2h ruszamy związani przez lodowiec.

Wydeptane dzień wcześniej ślady wiodą nas pod start drogi i po niecałej 1h zaczynamy się szpeić.

W pierwszym zespole prowadzi Ilona (wraz z Izą i Mikołajem), zaraz za nią startuje Asia (i ja na drugim końcu).

Droga początkowo wiedzie pionowym żlebem śnieżno kamiennym, by po 20-30 metrach przejść w śnieżny zachód uciekający w prawo. Idziemy całość na lotnej. Są betony, a dziewczyny sprawnie prowadzą.

Śnieżny zachód po pewnym czasie dochodzi do uciekającego w lewo do góry śnieżnego żlebu. Tu znajdujemy pierwszą pętlę (najprawdopodobniej ekipy Rutka i Kaczmara). Dalej żlebem do góry prowadzą dziewczyny.

Po ok 2 długościach liny żleb kończy się płytkim kominem o długości ok 7-10m. Nim (prosto do góry) biegnie jeden z wariantów drogi. My wybieramy uciekający w prawo duży śnieżny zachód.  

W jego połowie na grzędzie skalnej dziewczyny zakładają stan i nas ściągają i zmieniamy się na prowadzeniu. Przejmuję je z Mikołajem. W trakcie obserwacji ściany z przełęczy widzieliśmy stosunkowo łatwy skalny zachód uciekający od naszego w lewo, niemniej żaden z mijanych go nie przypominał/nie rokował trudności poniżej VI.

Zatem oryginalnie prowadzimy naszym zachodem do końca, do skalnego prożka, na którego szczycie robimy stan i ściągamy finalnie całą ekipę.

Biblioteka
Tutaj szybkie przebranie - zdążyło się w międzyczasie zrobić dość ciepło. Wystawa południowa robi swoje. Przed nami solidna biblioteka (krucho), w której drogę odnajdujemy dzięki zdjęciom rosyjskim. Jest 8 rano - mamy całkiem niezły czas.

Trawers
Dalej prowadzę ja i Mikołaj w drugim zespole. Teren to skalne puzzle. Trzeba się czujnie przemieszczać. Droga początkowo z siodełka biegnie pionowo do góry, aby następnie zacząć trawersować w lewo. Z dwóch potencjalnych przejść przez widoczny po lewej filar - wybieramy to wyższe. Za przewinięciem zakładam stanowisko i ściągam ekipę. Przegięcie liny jest na tyle duże, że nie ma możliwości dalej ciągnięcia na lotnej.

Tutaj się zmieniamy - Asia z Iloną przejmują prowadzenie. Przed nami już dość rozmoknięty śnieżny trawers po małym stoku. Naszym celem jest dojście do prawego, widocznego z naszego BC prawego żlebu. Nim planujemy iść pociągnąć dalej. Z tego co nam wiadomo, to Rutek z Kaczmarem szli lewym. Pomiędzy nimi jest dość charakterystyczny skalny filar, na którego szczycie znajduje się jedno z potencjalnych miejsc biwakowych.

Po dojściu do żlebu, dziewczyny zakładają stan - ja z Izą przejmujemy prowadzenie.

Żleb
Dreptanie w dość stromym rozmokłym żlebie nie najeży do najprzyjemniejszych i bezpieczniejszych, w związku z tym przy najbliższej nadważającej się okazji wbijam się w część skalną. Po lewej stronie żlebu płynie już regularny strumień. Docelowo chcemy się przemieścić na druga stronę - niestety, nie zrobiliśmy tego na samym początku. Później okazuje się to dość wymagające. Teren skalny, którym się poruszamy w porywach ma III. Po przejściu nad strumieniem i wypstrykaniu się z sprzętu asekuracyjnego zakładam stan i ściągam Aśkę do siebie. Po przejęciu sprzętu cisnę dalej końcówkę tego żlebu - było tego ponad 100m. Śnieg coraz bardziej się pionował, a przy całym swoim namoknięciu, ciężko było mu zaufać. Aby założyć jakąkolwiek asekurację - trzebabyło dość mocno odbijać w kierunku skał. Finalnie okazało się, że spionizowany już dość mocno żleb kończył się dość niespodziewanie na ostrej grani - o mało co nie przeleciałem na jej druga stronę :) Na szczęście teren po prawej rokował pozytywnie i po przekopaniu się przez niego wylądowałem na skalnym wypłaszczeniu na stanowisku ze starej liny. Ściągam Aśke i zmieniamy się na prowadzeniu.

Pola śnieżne

Przed nami duże, stosunkowo łatwe pola śnieżne. Najlepiej przegrzać je bez asekuracji - bo najbliższe możliwe miejsca do załeożenia asekuracji znajdują się na grani po prawej. Samo do nich dojście może być trochę ryzykowne - stąd lepiej tego nie robić. Mikołaj idzie pierwszy. W połowie pól znajduje się kolejne wypłaszczenie skalne - jak się okazuje z kolejnym stanem z liny. Dochodzi tam i ściąga dziewczyny. Ja ruszam z nimi i również - mijam jego stan (dwa haki) i idę kawałek wyżej do kolejnej ostrogi skalnej i tam zakładam stan i ściągam Aśkę. Kolejna część to kolejne pole śnieżne doprowadzające nas do dużego  kuluaru pomiędzy skalnymi turniami.

2014 07 10 122657 GOPR0222 IzaKuluar
Przebijamy się przez początkowe skalne prożki razem z Iloną. Ona finalnie idzie bardziej po lewej, kuluarem, ja cisnę skalną ostrogą do samego końca (miejsca III) do wylotu kuluaru. Zakładam stan na skalnej półce (skończył mi się sprzęt). Asia dochodzi i po chwili dołącza do Ilony, która już podąża kuluarem, przy jego skrajnie prawej części. Większość kuluaru ciśniemy na lotnej - Ilona w między czasie założyła stan i ściągnęła ekipę. Cały czas idąc do góry obserwuję skalne ściany po jednej i po drugiej stronie kuluaru w poszukiwaniu stanowisk zjazdowych - niestety - nic nie znalazłem. Możliwe, że jeszcze było za dużo śniegu i większość stanów była pod nim.

Finalnie Asia zakłąda stan u wylotu kuluaru i mnie ściąga. Obok podobnie robi Iza. Robi się coraz później (ok 18). Doszliśmy do dużego, mocno nastromionego pod koniec pola śnieżnego. Gdzieś na jego końcu ma być nasz biwak.

Końcowe pole
Przy słabnącym już słońcu ciągnę sukcesywnie nastromiające i zamarzające pole śnieżne. Praktycznie brak jest na nim asekuracji i coraz trudniejsze przekopywanie się w stającym dęba śniegu. Zmęczenie też robi już swoje. Po drodze zakładam jakąś iluzoryczną asekurację w odkopanych skałkach, ale nie jest ona warta wysiłku poświęconego na jej zakładanie. Finalnie cisnę prosto do grani na której końcu po lewej powinien być nasz biwak.

Grań
Przy zachodzącym słońcu (ok 9) wychodzę na grań. Po szybkim zerknięciu na zdjęcia wychodzi, że za małym bastionem skalnym będzie nasz biwak. Mijam go lewą stroną zapadając się dość głęboko w śnieg. Finalnie docieram do miejsca biwakowego, które okazuje się ostrą śnieżną granią (miejscówki biwakowe mocno zasypane). Na szczęście zdjęcia mniej wiecej sugerują nam gdzie musimy kopać, aby dokopać się do platform. Ściągam zmęczoną już Aśkę i zaczynamy ostatkiem sił organizować sobie biwak.

Biwak
Przy zachodzącym słońcu rozstawiamy nasz 3-osobowy namiot, na chyba najsensowniejszym miejscu. Mikołaj początkowo planuje postawić swoja dwójkę zaraz za nami na grani, na szczeście za naszą namową, przenosimy ich (Mikołaja i Izy) namiot wyżej, na specjalnie wykopaną platformę pod osłoną grani. Jak się okazało później, to był dobry pomysł - w nocy przyszedł mocny wiatr i dzięki osłonie grani, namiotom nic się nie stało.

Aśka padła ze zmęczenia w naszym namiocie. My z Iloną w międzyczasie gotujemy jeszcze trochę herbaty (jak się później okazało - zdecydowanie za mało) na wieczór i powoli zbieramy się do spania. Generalnie poruszanie się po biwaku wymaga asekuracji, bo jest on w dość eksponowanym terenie. Samo spanie w namiocie już jej nie wymaga. Ok 12 kładę się spać - wszyscy już wiemy, że nie ma opcji na atak jutro z rana - za bardzo nas ten dzień wykończył.

Na szczęście zapowiadają jeszcze 3 dni pogody, więc możemy sobie pozwolić na jeden dzień odpoczynku.

2014 07 11 051150 P1000577 AiB KlimasOdwodnienie
Generalnie dużym błędem było to, że piłem stanowczo za mało pierwszego dnia. Skończyło się to tym, że w nocy miałem halucynacje i potężny ból głowy. Do tego całą noc myślałem, aby tylko rano zacząć zjeżdżać i wynosić się z tej ściany :) Dość trudno było to wszystko opanować - nie za bardzo wiedziałem co się za mną dzieje (pierwszy raz coś takiego doświadczałem). Kolejne tabletki przeciwbólowe nie pomagają - próbóje zasnąć, ale bez szans. W końcu wstaję bladym świtem i zaczynam ogarniać biwak.

Dzień drugi - poranek
Dopiero rano uświadomiłem sobie, że pod nami całkiem niezła lufa - kibelek z takim widokiem, to prawdziwa przyjemność :) Pogoda jest bezchmurna, dzięki czemu widzimy całkiem niezły kawałek Kaukazu.

Głowa, pomimo poranny aktywności nie przestaje koszmarnie boleć. Wciągamy jakieś śniadanie, niemniej niewiele to pomaga. Ciagle mam słaby nastrój i kompltny brak ochoty do wspinania. Reszta ekipy planuje podejść pod ścianę problemową i ją dzisiaj zaporęczować. Ja jasno daje im do zrozumienia, że nigdzie się nie ruszam. W końcu oni ruszają, ja siedzę przy namiocie i zastanawiam się co się ze mną dzieje. Jakaś mglista sugestestia w głowie sugeruje, że to może wina odwodnienia. Zaczynam więc zbierać topiącą się już ze śniegu wodę i pić kubek za kubkiem z jakimś izotonikiem. Okazuje się to najlepszym lekiem - po kilkunastu kubkach głowa przestaje mnie boleć, zdecydowanie poprawia się nastrój i wraca ochota do wspinania. Słońce już wysoko praży, a ja ogłądam jak Asia z Iloną walczą na ścianie problemowej.

Dojście do ściany problemowej
Od miejsca biwakowego trzeba się wrócić kawałek granią w kierunku widocznej po prawej u góry litej ścianie. Grań kończy się siodełkiem pod ostroga skalną. Po jej lewej stronie biegnie żleb śniezny, którym to trzeba podążać (asekurując się z wspomnianej ściany ostrogi) aż do podnóża ścianki. Po drodze są 2-3 prożki lodowe.

Na szczycie wspomnianej ostrogi śnieżnej znajduje się zdecydowanie lepsze miejsce biwakowe, niż to nasze (płaskie i bezpieczne).

Jak ktoś ma trochę więcej sił i czasu, to może pierwszego dnia spróbować dojść do tego miejsca (ok 100m deniwelacji wyżej).

Ścianka problemowa
Pierwszy wyciąg ścianki jest relatywnie prosty (V) i trudności ma na samym początku. Drugi sprawia już Ilonie pewne trudności. Wybitne zacięcie po lewej jest zalodzone i nie rokuje szans na klasyczne przejście. Prawa strona ścianki wydaje się dość trudna, finalnie Ilona przedarła się środkową częścią, dość sprytnie lawirując ze względu na zacieki.

Z jej relacji wynika, że jest trochę haczywa na tym wyciągu. Po dojściu do stanu decydujemy wszyscy przez króktofalóki co dalej. Zakładając, że uderzamy dalej kolejnego dnia - musimy zostawić linę na sztywno do podejścia z rana. Nastroje w ekipie były zmienne - w końcu zostawiamy linę na sztywno i dziewczyny zjeżdżają na dół do biwaku.

Ja w międzyczasie wysyłam sms’y do naszych sprawdzonych meteorologów (Jancio&Magda - dzięki!) i dowiaduję się, że przed nami 2 dni lampy.

Wieczorem jeszcze ustalamy logistykę dnia następnego - wstajemy o 4 (jak się później okazało - za późno). Na noc napychamy się jeszcze liofami podziwiając wspaniały zachód słońca za Elbrusem.

Ushba TOPO 412.07.2014 Atak (prawie) szczytowy
Pobudka, szybkie śniadanie, szpejenie i uderzamy do góry. Podział w zespołach to :ja, Asia i Ilona + Mikołaj i Iza.

Podchodzimy pod ściankę i zaczynamy podchodzić na pozostawionych linach. Generalnie nie idzie nam to zbyt sprawnie - jak się okazuje zestaw małpa + duck Konga (w moim przypadku) nie działa zbyt dobrze. Ilona sprawnie małpuje do do samej góry (ach to doświadczenie jaskiniowe) i ciągnie za sobą dodatkową linę. Dochodzę do niej i przechodzimy w prowadzenie pierwszego wyciągu za ścianką problemową.

Komin
Kolejny wyciąg (prowadzi Ilona), to komin z lodowymi odcinkami - całość za ok V. Na tym etapie podejmujemy decyzję, że łączymy się w tramwaj na tym odcinku aby odrobinę przyspieszyć. To chyba było generalnie jednym z kilku błędów, które popełniliśmy. Bo może jako 5 przemieszczaliśmy się sprawnie, niemniej jako poszczególne zespoły szło nam to zdecydowanie wolniej.

Wyciąg kończył się na bloku (z pętlami zjazdowymi) na skraju półki.

Trawers
Następny wyciąg prowadzę ja - i generalnie zamiast kontynuować trawers w lewo (tak jak prowadzi półka), to za sugestią dziewczyn ruszyłem diagonalnie w prawo (czujne ruchy), by później odbić w lewo (zaklinowany friend). Następnie widocznym trawersem kontynuowałem w lewo do widocznego na początku kuluaru śnieżnego blokowi skalnemu (pętle z lin). Jak się okazuje - wyciąg do trywialnych nie należy, na szczęście Aśka wypina całość asekuracji z początku wyciągu i przerzuca linę - reszta pójdzie już wspomnianym na początku trawersem.

Kuluar
Ilona przejmuje prowadzenie - uderza wyraźnym kuluarem śnieznym uciekającym na początek do góry, a później w lewo. Ja startuję zaraz za nią, aby przyspieszyć trochę. Najpierw asekuracja jest konfortowa ze ścian kuluaru, później zaczyna być coraz bardziej wymagająca. Śnieg jest twardy i dość mocno spionowany - mocno nabija łydy. Po pionowym odcinku żleb rozgałęzia się na dwie odnogi - wybieramy tą lewą. Końcówka żlebu dochodzi najwyraźniej do grani, bo jest mocno zasklepiona śniegiem - bez szans na przebicie. Wybieramy zatem ściankę po lewej i nią docieramy do siodełka w grani. Na nim znajdujemy stary stan z taśm - chyba wciąż jesteśmy we własciwej drodze :)

Ściągamy z Iloną resztę ekipy i zaczynają się dyskusje co robimy dalej. Była godzina 14.30.

Część ekipy chce iść dalej, cześć zatanawia się czy nie zjeżdżać. W końcu decydujemy pociągnąć jeszcze jeden wyciąg do góry. Pierwsza prowadzi Ilona, później za nią startuje Asia. Wyciąg prowadzi dość rozległą granią - juz od tego miejsca widać kopułę szczytową.

Trudności to ok IV - Ilona ciągnie dalej, Asia zakłada pośrednie stanowisko i mnie ściąga. Ja prowadzę kolejną wyciag. Trudności to ok V w porywach V+, dość lufiasty i generalnie nie trywialny. Dochodzę do Ilony - jest godzina 16. Z naszego stanu widać dobrze resztę grani - zostało tego dość dużo. Jesteśmy na wysokości ok 4500m - ok 200m deniwelacji brakuje nam do szczytu. Z tej perspektywy widać jeszcze kilka progów skalnych do pokonania i kawałek wspinania do szczytowej grani. Po ożywionej dyskusji decydujemy się zjeżdżać na dół. W 5 osób ciśnięcie do szczytu byłoby mocno ryzykowne. Dzielenie się na zespół trójkowy i dwójkowy też jest słabym pomysłem - jeden ze zjazdów na ściance problemowej ma 70m - a mamy tylko jedną taką linę (choć później okazjuje się, że daloby się i z 60m).

Generalnie pokonała nas logistyka - uderzanie w taką ścianę w 5 nie było zbyt rozsądnym pomysłem.

Wycof
Z żalem zakładamy pętle i jedziemy na dół. Późną nocą docieramy do namiotów. Trochę żal szczytu, ale niestety trzebaba było zapłacić za lekcję pokory i logistyki. Docieramy dość późno do namiotów i po szybkim obiedzie idziemy spać.

Zjazdy
Startujemy wcześnie rano, pakujemy biwak i jedziemy w dół. Na początek prowadzę zjazdy. Większość zjazdów zakładaliśmy sami (czerwona, cięta taśma). Od tego momentu kierunki lewa/prawa podawane będą orograficznie (czyli patrząc w dół).

  1. Z biwakowych pętli jadę orograficznie w prawo do najbliższych skał i tam zakładam stan.

  2. Dalsza częśc kuluaru - kolejny stan na zaklinowanych blokach skalnych.

  3. Dalsza część kuluaru - stan na wystającym bloku,

  4. Zjazd do końca grzędy oddzielajacej dwa kuluary (wystający blok), tym którym zjeżdżamy, i tym którym podchodziliśmy pierwszego dnia.

  5. Wjeżdżamy w główny kuluar - kolejny stan w orograficznie lewej jego części (przejeżdżamy przez całą jego szerokość),

  6. Kolejny zjazd znów przecina kuluar, by po prawej (orograficznie) dojechać do starego zjadu z lin na małej grzędzie skalnej. Trochę do niego brakuje - dowiązuję repa i schodze kawałek.

  7. Zjeżdża Asia - kieruje się w prawo i na dużym skalnym znajduje nową szytą pętlę (prawdopodobnie pozostałość Rutka i Kaczmara).

  8. W tym momencie wyjeżdżamy z wiodącego kuluaru i jesteśmy pod, ograniczającą go od orograficznie prawej, turnią skalną. Od tego miejsca jedziemy nowym terenem - zgodnie z przebiegiem drogi Rutka&Kaczmara - czyli prawym od ostrogi żlebem (a nie lewym, którym podchodziliśmy) a konkretnie jego prawą częścią, bo samym żlebem zaczyna płynąć dość wartki strumień.

  9. Asia kolejny stan zakłada na bloku skalnego - zjazd prosto w dół.

  10. Ilona zjeżdża w dół i lekko w prawo - by na końcu liny+przedłużka założy stan z bloku.

  11. Kolejny zjazd prowadzę z zamiarem przecięcia żlebu. Odbijam mocno w lewo - jednak stan zakładam tuż przed strumieniem z bloku.

  12. Przejazd przez żleb śnieżny i płynący obok strumień na pełną długość liny. Niestety 60m to za mało - dojeżdża Mikołaj na 70m i zakłada poniżej stan - dojeżdżam resztę na jego linie. Znajdujemy się u podstawy ostrogi skalnej rozdzielającej żleby - w wyraźnej półce, która przecina w tym miejscu ścianę. Schodzimy kawałek (teren I-II) i zakładamy kolejny zjazd.

  13. Dojeżdżam do starego stanu z haków i kawałeczek niżej po kombinacjach (wyjazd z liny) stajemy na śniegu. Na wyraźnej grzędzie widać duży głaz z przełożonymi pętlami - jest on punktem nawigacyjnym na którego powinniśmy się kierować. Tutaj uważnie - jeżeli pojedziemy po prawo (orograficznie) - to czeka nas długi zjazd na samą morenę lodowca (tego nie chcemy). Kierujemy się w lewo - w kierunku wybitnego żlebu i widocznej u jego zakończeniu po lewej stronie charakterystycznej przełączki śnieżnej.

  14. Zjazd z głazu (istniejąca pętla - najprawdopodobniej Rutka). Jadę żlebem - po jego prawej stronie dojeżdżam do starego stanu na półce (z pętli).

  15. Kolejny zjazdem przekraczam żleb - i trawersuję w kierunku przełączki śnieżnej. Na przełączce komfortowy - siedzący stan z leżącego bloku skalnego.

  16. Kolejny zjazd prowadzi Ilona, na lewo w kierunku żlebu. Jakbyśmy wybrali zjazd w prawo - to jedziemy na morenę (jeden z wariantów). Przy naszym trzeba uważać bo lina mocno pracuje na skale i leżącym na nim żwirze. Stan w połowie żlebu z liny, po prawej stronie.

  17. Kolejny zjazd Ilony - przez kluczowy wyciąg dolnej partii -ok 6-7 metrów kominka za max IV. Myślę, że drugi raz wybrałbym tą wersję - znacząco skraca długość drogi, a nie przedstawia dużych trudności technicznych. Zjazd kończy się na polu śnieżnym, którym podchodziliśmy.

  18. Kolejny zjazd śniegiem na dół do zakrętu pola śnieżnego - na nim taśma chłopaków. Jedzie Iza.

  19. Zjazd zachodem, którym podchodziliśmy - zakładam stan po lewej z taśmy. Uważajcie przy tym zjeździe - po ściągnięciu liny okazało się, że była praktycznie przecięta.

  20. Ostatni zjazd - na sam lodowiec - przepak i do bazy :)

W bazie jak się okazało namiot Mikołaja został częściowo skonsumowany przez krowy. Do bazy też dotarli na koniach pogranicznicy, bo myśleli, że wzywaliśmy pomocy (zobaczyli czołówki w nocy w ścianie). Wytłumaczyliśmy im łamanym rosyjskim, że używanie czołówek w ścianie w nocy jest dość normalne :)

Następnego dnia pakujemy obóz i schodzimy na sam dół, gdzie u naszego koniarza wynajmujemy samochód i dojeżdżamy do Mestii.

Dalsza podróż po Gruzji, to temat na osobny artykuł - zakończmy jedną konkluzją - na pewno warto tam się wybrać :)2014 07 14 081200 IMG 1879 AiB Klimas

  • Kategoria: Górskie

Nanga Stegu Revolution

Z darczyncamiWyprawa sportowa – narodowa NANGA STEGU REVOLUTION,
NANGA PARBAT zima 2015/16 , Pakistan – Himalaje. 24 XII 2015 – 23 I 2016

Decyzje o naszym wspólnym czyli Jacka Czecha (KW Katowice, KS Kandahar, W SKALE, ABTeam) i Adama Bieleckiego (KW KRAKÓW, ABTeam) wspinaniu się na Nanga Parbat zimą w stylu alpejskim podjęliśmy w połowie września w czasie naszej ekspedycji w Peru. Obaj uznaliśmy, że należy klimatyzować się w na wysokim szczycie w Ameryce Południowej a na Nangę napieramy w stylu alpejskim. Drogi, ich trudność oraz styl w jakim wspinaliśmy się m.in. w Peru (trzy szybkie wspinaczki w stylu alpejskim na szczyty do 6 tyś. o trudnościach do M5 i 6c+ OS, dobra klimatyzacja) pozwalały sądzić że trudności jakie oferuje droga Kinshofera na Nanga Parbat jest w zasięgu naszych możliwości

Początkowo myśleliśmy o zespole trzy osobowym jednak okoliczności spowodowały, że polecimy do Pakistanu we dwójkę. Dzięki naszemu menadżerowi Januszowi Bergerowi udało się rozwinąć całe przedsięwzięcie i zorganizować odpowiedni budżet pozwalający na zorganizowanie NANGA STEGU REVOLTION wyprawy na dwóch kontynentach. Do Chile wylecieliśmy z początkiem grudnia w celu zdobycia klimatyzacji i mimo bieżących trudności plan udało się nam zrealizować w 100% zdobyliśmy szczyt Ojos del Salado 6893 m.n.p.m. i na nim potrzebną nam klimatyzację.

PORTERSI W BAZIEZakończyliśmy pierwszą część wyprawy. Wszystko poszło zgodnie z planem, mianowicie spędziliśmy łącznie 14 nocy na wysokości 4000m. lub więcej. 5 nocy na 5200m. 2 na 5800m i 3 noce na 6750m. Na szczycie wiało okrutnie i wszystkie wyprawy poza nami wstrzymały swoją działalność. My stwierdziliśmy że na Nandze i tak może być gorzej więc nie ma co się rozczulać nad sobą. Teraz zegar zaczął tykać i według Adama teorii mieliśmy trzy tygodnie aby wejść w stylu alpejskim na Nangę.
W nocy z 23 na 24 grudnia żegnamy nasze ukochane rodziny aby w wigilię 24 grudnia 2015 roku wczesnym rankiem wraz z Adam wylecieć z Warszawy do Islamabadu – nasza przygoda z zimową Nangą rozpoczyna się od kilkudziesięciogodzinnego podróżowania.

29 stycznia po trzech dniach karawany około południa docieramy do bazy pod Nanga Parbat gdzie jest „piękna” pogoda rokująca nadzieje, że najbliższe dni pozwolą na szybki atak. Jednak prognozy oraz pióropusze wokół szczytu sprowadzają nas na ziemię

Pierwszy raz wyszliśmy w górę w Nowy Rok - 1 stycznia 2016, ale - w tym roku na Nandze panują bardzo trudne warunki: "póki co Nanga śmieje się z naszych planów". Jesteśmy pierwszymi ludźmi tej zimy na lodowcu więc odkrycie właściwej drogi z pełnymi plecakami sprawia duże problemy

2 i 3 stycznia udało się założyć obóz pierwszy (C1) na około 4900 m, a potem na wysokości 5700 m "niską dwójkę - depozyt" (C2). Czujemy moc, wspinamy się pewnie, sprawnie i mimo wysokości oraz wielu odcinków na których asekurujemy się liną poruszamy się bardzo szybko. Prognozy nie rozpieszczają więc zmieniamy taktykę i podejmujemy decyzję o przejściu na styl wyprawowy i zaczynamy wypatrywać okna pogodowego które pozwoli działać chociaż do 7000 m.

7 stycznia zgodnie z planem wyruszyliśmy w stronę C1, potem mieliśmy się wspinać na wysokość 7000 m, by odnowić zdobytą aklimatyzację i ewentualnie czekać na lepszą pogodę i podejmować kolejne decyzje.

W ROBOCIE8 stycznia wyszliśmy w górę, uzupełniamy depozyt w C2 ale musieliśmy podjąć decyzję o odwrocie z C2 z powodu infekcji jaką złapał Jacek: niestety Jacek, który do tej pory chodził szybko i równo ze mną, od rana czuł się źle i szedł bardzo wolno. Bojąc się, że może to być początek infekcji, której nie wolno wnosić do góry, podjęliśmy decyzję o odwrocie – komentuje Adam Bielecki.

11 stycznia wprowadzamy w życie plan C. "Plan A, czyli szybki atak w stylu alpejskim ze względu na pogodę nie wypalił. Plan B, czyli odnowienie aklimatyzacji i atak w stylu możliwie zbliżonym do alpejskiego również się nie udał ze względu na złe samopoczucie Jacka, który na szczęście już wrócił do siebie. Czas na plan C. Dogadaliśmy warunki współpracy z wyprawą Alexa Txikona (szef wyprawy Nanga Parbat 2016 Expedition w której są Muhammad Ali Sadpara, Ferran Latorre i Daniele Nardi).

rywalizacja na wyprawie13 stycznia wspinamy się wraz z Daniele Nardim, uczestnikiem działającej także pod Nanga Parbat wyprawy "Nanga Parbat 2016 Expedition", której szefem jest Alex Txikon. Podczas poręczowania Adam poleciał z urwaną liną. Na szczęście Daniele asekurował go drugą liną. Mimo długiego lotu ( około 70 m) nic groźnego Adamowi się nie stało poza siniakami i kontuzją dłoni.

15 stycznia po raz ostatni wyszliśmy w górę do C1. Chcieliśmy sprawdzić czy prawa ręka Adama - spuchnięta, jeden palec wybity ze stawu - nadaje się do wspinania. Już wówczas przeczuwaliśmy, że może to być nasze ostatnie wyjście w górę na tej wyprawie.

16 stycznia docieramy do C2, likwidujmy depozyt i wycofujemy się do C1, również likwidujemy C1 i w nocy docieramy do Bazy

17 stycznia po wspólnej decyzji Adam Bielecki w rozmowie telefonicznej z mediami poinformował publicznie i oficjalnie o zakończeniu wyprawy Nanga Stegu Revolution.

walka o szczyt19 stycznia organizujemy karawanę i opuszczamy bazę pod Nanga Parbat

Po kilku dniach karawany i przelotów udało nam się dotrzeć do Polski, jesteśmy w Domu. BARDZO dziękuję za modlitwy, kibicowanie, trzymanie kciuków i wszelkie dobre słowo oraz tym którzy pomogli finansowo i organizacyjnie w naszej wyprawie na dwa kontynenty NANGA STEGU REVOLUTION.
W nocy z 23 na 24 stycznia po kilkudziesięciogodzinnej podróży my dwaj Adam Bielecki i ja - Jacek Czech wracamy do naszych ukochanych rodzin znów jesteśmy w Polsce.
W trakcie himalajskiej części wyprawy towarzyszyła nam ekipa telewizyjna reprezentująca stacje TVN i program TVN 24 w składzie Robert Jałocha i Maciej Cepin „Luźny”. Chłopcy ostro dostali w kość ale prawdopodobnie byli pierwszą ekipą telewizyjną na świecie która relacjonowała całą zimową himalajską wyprawę na ośmiotysięcznik; były relacje, nawet wejścia na żywo a z obszernego materiału powstał całkiem dobry film „NIEZDOBYTA GÓRA” relacjonujący nastroje kibiców i wspinaczy przed wyprawą oraz przebieg wyprawy, nastroje w bazie i odczucia jej uczestników.

Całe to przedsięwzięcie NANGA STEGU REWOLUTION było możliwe dzięki wielkiemu wsparciu tysięcy życzliwych nam ludzi za co z Adamem jeszcze raz dziękujemy.
Firmy i organizacje które w sposób znaczący włączyły się w finansowanie i promocję naszej wyprawy to: - Stegu partner strategiczny wyprawy,
- HiMountain, - Proclub, - Climbos.com, - LYO, - PolskieRadio.pl, - Fundacja "Pokonaj raka".
- Polski Związek Alpinizmu,- Fundacja Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki,
- Eliteclimb, - Szkoła Wspinaczkowa Haliny i Jacka Czech „W SKALE”,
- Hurtownia Fatra liny TENDON.

Autorami zdjęć są ; Adam Bielecki, Jacek Czech, „Luźny”.

Z górskim Pozdrowieniem; Jacek Czech.

nasze bazy