KW banner 

Trudne miłego początki

 Trudne miłego początki,

czyli historia pierwszego polskiego przejścia trawersu

Mała BokaPolska Jama (BC4)

 

MalaBoka-BC100 - 010

– To kiedy jedziemy na trawers? – zabrzmiał głos Pabla.

– Kto jeszcze by jechał? – spytałem.– Tak, do Anglii lecę po Nowym Roku.– Między Świętami a Sylwestrem, wtedy jest dużo wolnego, pasuje ci? – odpowiedziałem.

– Nie wiem, napiszę maila i zobaczymy, kto się zdecyduje.

– Byle nie za dużo osób, zresztą zobaczymy, najwyżej podzielimy się na dwa zespoły.

 

 

 

Pablo napisał maila, mijały dni, a deklaracji pewnego udziału w wyjeździe nie było wcale dużo. Zważywszy, iż była już prawie połowa grudnia, oczekiwaliśmy konkretnych odpowiedzi, a o te jak zwykle w tego typu wyjazdach najtrudniej. Pewne były tylko cztery osoby Pablo, Janek, Wojtek i ja. W sumie jeśli nikt więcej by się nie zdecydował, byliśmy zdeterminowani jechać w czteroosobowym składzie. Pierwotny plan zakładał trawers jaskini Polska Jama (BC4) – Mała Boka od górnego otworu do dolnego. Ten wariant był już wielokrotnie przechodzony przez słoweńsko-włoskie ekipy, czasem w międzynarodowym towarzystwie. Czas przejścia według Słoweńców oscylował w okolicach dwudziestu dwóch godzin.

Na powodzenie tej akcji ma wpływ wiele czynników takich jak znajomość jaskini, odpowiednie przygotowanie kondycyjne i psychiczne. Wszystkie one, można powiedzieć zależą od człowieka. Jest jednak jeden czynnik, na który nie mamy wpływu, a jest kluczowy przy powodzeniu tej akcji – pogoda oraz stan wody w jaskini. Jest kilka miejsc, które przy niekorzystnych warunkach pogodowych zostają całkowicie zalane przez wodę. Wówczas przejście takiego trawersu staje się niemożliwe. Co gorsza sytuacja może ulec zmianie bardzo gwałtownie, o czym przestrzegali nas wielokrotnie Słoweńcy, tzn. korytarze mogą zostać zalane przez wodę nawet w ciągu kilku godzin. Hipotetycznie możliwa jest sytuacja, że wchodzi się do jaskini BC4 przy drożnych syfonach, a gdy się do nich dotrze po kilku godzinach są już zalane. Wówczas jedynym rozwiązaniem jest powrót do góry, czyli ponad tysiąc metrów w pionie i cztery kilometry w poziomie.

Mając to na uwadze monitorowaliśmy nieustannie warunki panujące w Kaninie. Pablo wysyłał mailami zapytania do Słoweńców o sytuację wodną panującą w jaskini. Odpowiedzi były niejasne. Zdenko Rejec twierdził, że warunki nie są najlepsze i takie wciąż będą w terminie, w którym planowaliśmy przyjechać. Nieco bardziej optymistycznie wypowiadał się Rok Stopar. Według niego warunki były niezłe, choć nie był w stanie powiedzieć na sto procent czy przejście trawersu jest możliwe. Obserwacje widoku z kamer mówiły jedno: na dole panuje późna wiosna, a śniegu nie ma do wysokości 1700-1800 m. n.p.m. Czas mijał, a codzienne rozmowy wciąż nie dawały odpowiedzi. Kilka dni przed wyjazdem zdecydowanych na wyjazd było osiem osób, w tym dwie w postaci ekipy wspierającej na powierzchni. Skład zatem był kompletny. Zostawało tylko pytanie o warunki. Jechać czy nie. Ryzykować czy nie? Wreszcie dwa dni przed wyjazdem trzeba było podjąć ostateczną decyzję.

– Rok napisał, że nie udało mu się znaleźć żadnego Słoweńca, który mógłby pójść sprawdzić stan syfonów – powiedział Pablo.

– Sprawdzałem prognozy, załamania pogody jest zapowiadane dokładnie w dniu naszego przyjazdu, ma mocno padać śnieg, a potem odwilż. Ryzykujemy? – odpowiedziałem.

– No chyba nie mamy innego wyjścia. Najwyżej się nie uda. Trudno, Słoweńcy nam zawsze mówią, że warunki są kiepskie i nigdy nie uda nam się zrobić tego przejścia.

– Ok, tylko trzeba jasno powiedzieć każdemu z jakim ryzykiem to się wiąże, że może być tak że pojedziemy pójdziemy sprawdzić syfony, okaże się że zalane i trzeba wracać do Polski. Wiesz Pablo wolałbym tam nie tracić czasu na słodkie pierdzenie. Jeśli tam się nie uda, to trzeba wracać i uderzać w Tatry. Do Bańdziocha...

– Jasne, napiszę tak wszystkim.

I na tym skończyliśmy. Decyzja zapadła i nie było już odwrotu. Zostały tylko drobne rzeczy do przygotowania i można było jechać. Jedzenie już było kupione, sprzęt też spakowany. Ruszamy! Odetchnąłem z ulgą. W spokoju można było odpocząć ostatni dzień w domu.

Wyruszyliśmy zgodnie z planem czyli w sobotę rano, po drodze żadnych niespodzianek, ładna pogoda i dobra droga, przynajmniej początkowo. Im bliżej Słowenii tym prognozy zaczynały się niestety sprawdzać. Już w Austrii zaczął sypać śnieg, a we Włoszech było go już naprawdę dużo. Z duszą na ramieniu jechaliśmy w stronę przełęczy Predel.

– Kur… w takich warunkach może nie udać się podjechać, pługi dopiero zaczynają pracować, ale nie są w stanie nadążyć z odśnieżaniem – powiedziałem.

– Też mam obawy – odpowiedział Pablo.

Kolejne kilometry dłużyły się w nieskończoność, na serpentynach mielenie kół, warkot silnika, ale samochód jakoś jechał do góry. W dół też nie było wesoło, nie przekraczaliśmy prędkości 20 km na godzinę. Szybsza jazda groziła utratą kontroli nad samochodem i końcem jazdy na jednym z niekończących się zakrętów. Po długiej, nerwowej jeździe, ostatecznie udało nam się dojechać do Bovca. Nasz pierwotny plan zakładał spanie w namiocie, ale po dotarciu na miejsce było wiadomo, że może się to nie udać. Gęsto sypiący śnieg i dodatnia temperatura sprawiły, że jedynym sensownym rozwiązaniem było spanie na kwaterze. W przeciwnym przypadku na pewno nie udało by się nam w odpowiedni sposób zregenerować przed akcją. Po dłuższych poszukiwaniach udało się wynająć kwaterę za sto euro za dobę za wszystkich. Próby negocjacji ceny prowadzone przez Wojtka w języku niemieckim nie przyniosły żadnego rezultatu. No cóż, co prawda miał to być tani wyjazd, ale skoro nie można inaczej, to trzeba ponieść dodatkowe koszta.

Szybkie wypakowanie całego ekwipunku na kwaterę i trzeba było ustalić plan działania na następny dzień. Podzieliliśmy się na dwa zespoły. W jednym ja z Pablem mieliśmy iść sprawdzić stan wody w syfonach i jeśli będą drożne rozpoznać jaskinię na jak najdłuższym odcinku. Drugi zespół składający się z pozostałych osób, miał na początku podejść z nami do jaskini, a następnie spróbować podjechać do pośredniej stacji kolejki na Kanin i przetorować drogę do otworu BC4.

MalaBoka-BC100 - 001Rano pogoda zdecydowanie się poprawiła, jedynie wysoko w górach wiał bardzo silny wiatr. Na dole odwilż. Pełni niepewności ruszyliśmy z Pablem do jaskini. Na dojściu było niewiele śniegu, tylko w niewielu miejscach można się było zapaść po kolana. W otworze jaskini bardzo sucho. Po szybkim przebraniu ruszyliśmy w głąb pełni lęku, ale i nadziei, że przejechane kilometry i poniesione koszty nie pójdą na marne. Początek był bardzo obiecujący. W pierwszych syfonach było całkowicie sucho. Co jakiś czas zastanawialiśmy się nad dalszą drogą, plan którym dysponowaliśmy nie zawsze odzwierciedlał dokładnie korytarze jaskini. Mijając kolejne metry, przełazy, pochylnie i progi wciąż czułem dużą niepewność. Co będzie dalej? Ile jeszcze trzeba przejść aby był całkowicie pewnym, że się uda. Po kolejnych progach w górę dochodzimy do tzw. Kopalnicy – niskiego przełazu zalanego wodą metrowej głębokości. Przechodzi się go lewą stroną przy napiętej linie w pozycji leżącej. Ewentualne obsunięcie grozi wpadnięciem do wody i całkowitym zamoczeniem. Dość techniczne przejście, ale jakoś udaje nam się przejść bez większych problemów. Tuż za przełazem dochodzimy do pierwszego zjazdu.

– Mają chłopaki psychę – uśmiecham się mówiąc do Pabla.

– Ano, nieźli są.

Zjazd z haka i starej plakietki. Ósemka na rozrywanie na dodatek. Jakby ktoś zapomniał przyrządu zjazdowego jest i drabinka, oczywiście na jednych starym spicie. Na dole progu znajdowało się jezioro z dość wartko napływającą wodą. Na ścianach widoczne ślady różnych poziomów wody.

– No nie wiem co o tym myśleć, wydaje się, że może się to szybko napełnić – mówi Pablo.

– Jak tu się napełni to damy radę wrócić, gorzej jeśli zaleje gdzieś cały przekrój korytarza – odpowiadam.

– No nic, chodźmy dalej i zobaczmy co się tam dzieje.

– Ok.

Nie wiedzieliśmy, czy jest to normalny stan rzeczy, czy należy obawiać się takich ilości wody. Kolejne metry mijają bez historii. Podziwiamy piękno jaskini, które tu ukazuje się w pełnej krasie. Trawersy, progi z nacieków, jeziorka, marmity i płynące woda nadaje uroku kolejnym metrom. W końcu wychodząc ponad kolejny próg słyszę dźwięk jakby lecącego wodospadu.

– Co to? Na planie nie było żadnego wodospadu. Ale dziwny huk! – mówię do Pabla.

Podchodzę coraz bliżej i okazuje się, że to nie woda lecz dźwięk wiejącego wiatru w zwężeniu korytarza. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem i nie słyszałem, żeby w jaskini był tak silny przewiew. Wkładając głowę w zwężenie przewiew jest tak silny, że chce się jak najszybciej opuścić to miejsce. Za przewężeniem wychodzę w obszernej salce z wyrysowaną na ścianie dużą buźką. Po chwili dochodzi do mnie Pablo.

– To była Lublanska Ożina – mówi.

– Aha – odpowiadam – nieźle tam wiało.

– Podobno jest to najsilniejszy zarejestrowany przewiew w jaskini.

– Jest taka szansa, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem.

– Ja też nie. Idziemy jeszcze dalej? Nie wiem jak z tą wodą, żeby nas nie odcięło.

– No, może chodźmy jeszcze kawałek.

– Dobra.

Wartko poruszamy się do przodu – w tej części jaskini nie ma już większych problemów orientacyjnych. Po kilku zjazdach na dół i wyjściach do góry wchodzimy w partie, w których więcej trzeba się czołgać niż chodzić. Kilka przełazów, dwa zaciski i … co to? W oddali huk lecącej wody. Przecież na planie nie było żadnego wodospadu. Jeszcze chwila czołgania i stanęliśmy w obszernej salce. W dole otwierał się Akob Kanion – coś na kształt Wodociągu w Śnieżnej tyle, że dwukrotnie dłuższy i ze zdecydowanie większą ilością wody. Z góry leciał wodospad.

– Kurcze, nie wygląda to dobrze, myślę, że powinniśmy wracać, strasznie dużo wody się tu leje – powiedział Pablo.

– Też tak myślę. Nie wiadomo, czy ta woda nie dotrze dalej dopiero za jakiś czas.

– Ok, to wracamy, szkoda czasu. Na bazie zastanowimy się co robić dalej.

Powrót do otworu, przebiegł już bez żadnych przeszkód. Znając już układ korytarzy na tym odcinku poruszaliśmy się w bardzo płynny sposób. Mijaliśmy kolejne studnie, progi i prożki, na ogół w dół czasem do góry, Lublanska Ożina – brr.... ale tam wieje, trawersy jeziorek aż dotarliśmy do miejsca, które jako pierwsze wzbudziło nasz niepokój.

– Wydaje mi się, że poziom wody nie uległ zmianie, no może minimalnie! – powiedziałem do Pabla.

– No, chyba tak. Nie wiadomo tylko czy wodospad, który słyszeliśmy przy Akob Kanionie nie dotrze tu za jakiś czas – odpowiedział Pablo.

– No tak, może tak być. No nic chodźmy, pomyślimy później.

Nie zastanawiając się dalej ruszyliśmy w górę po linie, potem leżący trawers Kopalnicy i dalej już tylko bieg w stronę otworu. Wychodząc z zawaliska siadam na kamieniach. Właściwie jesteśmy już prawie na początku jaskini. Nie ma potrzeby już się śpieszyć.

– Może mała przerwa na kanapki? – proponuję – Szkoda nieść je na bazę.

– Jasne, jest wcześnie, nie musimy się śpieszyć.

W spokoju jemy i pijemy – najpierw kanapki, potem batony, dyskutując przy tym o osobistych sprawach. Jaskinie są doskonałym miejscem na takie rozmowy. Zawsze lubiłem tego typu dyskusje prowadzone np. na biwakach. Tu na ogół człowiek czuje się jakoś mniej skrępowany, bardziej otwarty na takie dyskusje a wspólnie przeżyte, często ciężkie chwile połączone ze zmęczeniem chłodem i brudem jakoś zbliżają do siebie. I nie przypadkiem mówi się, że w Górach poznaje się prawdziwych przyjaciół, gdzie nie ma miejsca na udawanie, a stresujące sytuacje ujawniają nasze prawdziwe oblicze. A Jaskinie jeszcze bardziej i dosadniej pokazują tę zależność. Bo choć często poruszamy się w samotności wisząc na linie dziesiątki metrów na ziemią, a światełko partnerów widzimy gdzieś w oddali, to jednak nieustannie ze sobą współpracujemy, czekamy na siebie. Pomagamy sobie nawzajem zwijać liny, ciągnąc wory, wspólnie jemy, mierzymy.

Po dłuższej przerwie już spokojnie idziemy w stronę otworu. Po kilkunastu minutach dochodzimy do naszych rzeczy. Po przebraniu się z niepewnością dzwonimy do drugiej ekipy działającej na powierzchni.

– Cześć Jasiu, jesteśmy już przy otworze. I jak udało wam się wjechać do Pośredniej stacji kolejki? – pyta się Pablo

– Kupiliśmy łańcuchy, ale niestety nie udało się nam podjechać. Cały czas spadał nam jeden łańcuch, a bez niego nie było nawet szansy. Po prostu jest felerny – w słuchawce zabrzmiał głos Jasia.

– Czyli lipa, hmm...

– No tak, naprawdę próbowaliśmy zrobić wszystko co możliwe, no ale nie dało się. Spróbujemy zareklamować łańcuchy i można spróbować wjechać jeszcze raz jutro. A u was jak?

– No ciężko powiedzieć, niby nie ma dużo wody, ale doszliśmy do miejsca gdzie leciał spory wodospad, a na planie nie było nic takiego zaznaczonego. No nic porozmawiamy na bazie i trzeba będzie podjąć jakąś decyzję. Na razie!

Po zejściu do samochodu pojechaliśmy na bazę. Drugiej ekipy jeszcze nie było. Czekając na nich rozpoczęliśmy przygotowanie posiłku. W ciszy myślałem o zbliżającej się dyskusji, o mijającym dniu i o tym co postanowimy robić następnego dnia. Nie czułem żadnej euforii ani podekscytowania, bardziej obojętność – chyba nie byłem w najlepszym nastroju.

Zjedzony posiłek i gorąca herbata rozbudziły emocje i rozpoczęła się dyskusja na temat planów na następny dzień. Wszyscy mieliśmy świadomość, że jest to ostatni dzień na spróbowanie przejścia trawersu. Dyskusja stawała się coraz bardziej żywiołowa. Po jakimś czasie właściwie wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że przejście trawersu w obecnej sytuacji możliwe jest tylko w jednym kierunku – od dolnego otworu do otworu górnego. Wynikało to z faktu, że szlak do górnego otworu nie był przetorowany, ba nawet nie udało się podjechać samochodem do Pośredniej stacji kolejki, a panująca niżej odwilż mogła mieć wpływ na warunki wodne w jaskini w ciągu najbliższej doby. Jedynym minusem wariantu od dołu był bardzo silny wiatr wiejący u góry, którego siła według prognoz wynosiła ok 100 km/h przy odczuwalnej temperaturze – minus 20 stopni Celsjusza. Mając na uwadze mokry kombinezon, wnętrze i kalosze na nogach z mokrymi skarpetami, nie była to zbyt miła perspektywa godzinnego zejścia na dół.

– Ja jestem za tym żebyśmy zaryzykowali, każdy zdaje sobie sprawę, że może odmrozić sobie palce u stóp czy rąk, no ale takie samo ryzyko ponosimy idąc wspinać się zimą! – powiedziałem.

– No ja nie do końca zdaję sobie z tego sprawę, ale piszę się na to – odpowiedział Jędrek.

– Jak dla mnie jest to kompletne wariactwo i ja w to nie wchodzę. Dla mnie trawers od góry do dołu jest już poważnym wysiłkiem i nie zakładałem nawet innej opcji. Wiesz Pablo nie czuję się zupełnie na siłach na taki wariant – zabrzmiał głos Jasia – Myślę, że nawet dla ciebie i Piotrka to może być zbyt trudne...

– No, ja też się na to nie piszę – powiedziała Sara.

– A ty Wojtek co myślisz?

– No nie wiem, nie czuję się też najlepiej po ostatniej chorobie... Wydaje mi się, że się nie zdecyduje...

Chwila ciszy, spojrzałem na Pabla. On jako jedyny nie wypowiedział się co myśli na temat takiego wariantu.

– Pablo powiesz coś? Co o tym myślisz? – zapytał się Jasiu.

– Chwilę ...

Kolejny moment ciszy. W zniecierpliwieniu każdy wpatruje się, co za chwilę powie Pablo.

– A ja mam jeszcze inny pomysł! – w końcu odezwał się Pablo – Możemy iść od dołu i wziąć ze sobą rzeczy na przebranie – buty, kurtkę, ciepłe rękawice i skarpetki na zmianę. A pozostała ekipa spróbuje dotrzeć na powierzchni do otworu. Jeśli się uda to super, jeśli nie to trudno, przynajmniej na zejściu będziemy mieli suche buty, ciepłe rękawice i anorak!

– Jestem za! – odpowiedziałem.

– Ja też – powiedział Jędrek.

– A ty Wojtek?

– Ja jeszcze nie wiem, zdecyduję się rano..., ale raczej nie.

– Zatem idziemy w trójkę – podsumował Pablo.

Uff... nareszcie udało się coś ustalić – pomyślałem, choć nie mogę powiedzieć żebym poczuł się uspokojony. Raczej poczułem duży niepokój, wiedziałem, że jutro czeka nas solidny wysiłek. Ważne żeby dobrze się wyspać i zregenerować. A z tym, przed tego typu akcjami mam zawsze spory problem. Położyłem się wcześnie spać. Męczyły mnie różne myśli i te związane z jaskiniami oraz osobiste. Nie powiem żebym czuł się w optymalnej formie. Nie mogłem zasnąć, a gdy już usnąłem budziłem się co jakiś czas. Noc dłużyła mi się niemiłosiernie i z pewną dozą zadowolenia przyjąłem fakt, że był już poranek i trzeba było wstawać. Podniosłem się jako pierwszy i od razu poszedłem do kuchni przygotować śniadanie dla wszystkich. Jajecznica na boczku i cebuli. Na deser chleb z masłem orzechowym i dżemem. Po śniadaniu sporo krzątaniny, poranna toaleta, uzupełnianie płynów nerwowe ruchy i spokojne pakowanie się. Myślę, że każdy z naszej trójki idącej na trawers prowadził swoje wewnętrzne niespokojne przygotowania. Nikt znas nigdy nie wychodził z takiej głębokości w ciągu – 1297 metrów w pionie, tyle było do pokonania i około 4,5 kilometra korytarzy. Czułem duży, wewnętrzny niepokój, presję tego, że po prostu musi się udać. Po prostu nie było innej możliwości.

Na parking pod otworem podwozi nas Mariusz. Pod tablicą informacyjną robimy pamiątkowe zdjęcie i trzeba ruszać.

– Powodzenia! Oby się wam udało...

– Wam również – odpowiadamy – sporo nam to ułatwi. Jeśli będziecie nas mogli odebrać samochodem spod Pośredniej stacji kolejki, to będzie wspaniale!

– Zrobimy wszystko, żeby tak było!

– Na razie!

– Do zobaczenia!

I rozstaliśmy się. Do otworu podchodziliśmy w ogóle nie rozmawiając, każdy myślami był już w jaskini, tam gdzie niby stanowiąc zespół każdy tak naprawdę prowadzi własną walkę ze swoim zmęczeniem i słabościami, zwłaszcza w czasie wyjść długimi odcinkami linowymi.

Lubię takie podejścia – pomyślałem. Dwadzieścia minut i już byliśmy przy otworze, gotowi do przebierania.

– Kurcze! Gdzieś zgubiłem zegarek – odzywa się Pablo – Nie widzieliście go gdzieś na podejściu?

– Nie – odpowiadamy.

– Pójdę go poszukać.

MalaBoka-BC100 - 003Zegarek się nie znalazł. Trudno, niech jaskinia go sobie weźmie. Miałem jeszcze drugi, a poza tym telefon. Przebrani nieśpiesznie ruszyliśmy. Początek wspaniały, znajome korytarze, przełazy, progi. Bez żadnego problemu mijają kolejne metry jaskini. Pierwsze syfony też potwierdzają nasz spokój. Wody wciąż mało, można powiedzieć, że leje się jej nawet mniej niż dnia poprzedniego. Idąc na trawersie kolejnego jeziora, stojąc w akrobatycznym rozkroku, nagle obrywa mi się kamień spod nogi i wpadam po pasa do wody.

MalaBoka-BC100 - 002– Kurwa!!! Ja pierdolę!!! – wyskakuję z wody jak rażony prądem.

– Co się stało?? – słyszę zaniepokojony głos Pabla.

– Wjebałem się po pas do wody – cholera, a tak dobrze było...

No nic dalszą część jaskini będę musiał iść na mokro wylewając co jakiś czas wodę z kaloszy – pomyślałem – Poza tym właściwie w zamierzeniu będziemy poruszać się szybko, więc nie powinno mi być zimno.

– Dobrze, że masz dakron, jak będziemy się szybko ruszać, to wyschniesz przed wyjściem na powierzchnie – dodał Pablo.

– Mam taką nadzieję. Na wyjściu w studniach w BC4 na pewno się rozgrzeję – dodałem z uśmiechem.

Po chwili doszedł do nas Jędrek i całą trójką ruszyliśmy dalej. Trochę czołgania, komin do góry, studnia w dół chwila marszu, znów czołganie, dwa zaciski i jesteśmy w miejscu, z którego zawróciliśmy dzień wcześniej.

– Wydaje się, że wodospad jakby dziś mniejszy.

– Aha, chyba tak...

Nie zastanawiając się dłużej wychodzimy po linie do góry, następnie wchodzimy w trawers linowy na końcu którego hmm... jeden punkt to stary spit, a od niego ostatni odcinek z węzełkiem zaklinowanym w szczelinie!

– Mają psychę ci Słoweńcy! – nie pierwszy raz ze zgrozą przyglądamy się sposobowi poręczowania miejscowych grotołazów. Mając na uwadze bezpieczeństwo innych wyciągamy węzełek ze szczeliny. Po kilkudziesięciu metrach czołgania w niskim lecz szerokim korytarzu dochodzimy do salki, z której kilkunastometrowy zjazd doprowadza nas do Akob Kanion, wysokiego, krętego meandra z płynącą wartko po spągu wodą. Z pewnością jest to jedno z bardziej uroczych miejsc w jaskini, woda miejscami tworzy wodospady, które obchodzi się górą. Po kilkuset metrach dochodzimy do pierwszego, dużego rozszerzenia. To Jelenicowa Dvorana. Z niej bierze początek Akob Kanion II – czyli kontynuacja Akob Kanion I. To z niego powinniśmy odbić w suchy ciąg uciekający od wody. Idąc rozglądamy się za jakimś odbiciem, czasem wchodzimy do góry po linach, które okazują się być błędnym drogowskazem. Wreszcie po dłuższych poszukiwaniach udaje nam się znaleźć odbicie i trafiamy we właściwy korytarz. Z niego już niedaleko do biwaku, czyli miejsca naszego pierwszego odpoczynku. Uradowani wchodzimy do dużej sali.

MalaBoka-BC100 - 005– To musi być biwak! – mówi Pablo

– Jakoś słabo ten biwak przygotowany, spodziewałem się czegoś lepszego – odpowiadam.

Co prawda są jakieś przygotowane platformy, ale nie wyglądają one imponująco.

– No nic krótki odpoczynek na jedzenie, picie i odparowanie i biegniemy dalej.

Wyjmujemy kanapki, kabanosy, słodycze, picie. Gotowanie zostawiamy na później. Po kilkunastu minutach pakujemy się i ruszamy dalej. Po chwili wchodzimy do obszernego korytarza wypełnionego suchym błotem. Po lewej stronie pojawiają się karimaty z namiotem cieplnym i jedzeniem.

– O kurcze! To dopiero tu jest Biwak! – wykrzykujemy jednogłośnie.

No nic, nie ma to w sumie dla nas większego znaczenia. Przeglądamy jedzenie wśród, którego znajdujemy puste opakowanie po polskim „Vifonie” – ciekawe skąd go wzięli? Za biwakiem odbicie w prawo w słabo zauważalny Ljublanski Komin, za którym trawers nad kilkudziesięciu metrową studnią, kolejny obszerny korytarz kilka zjazdów, trawersów i wyjść do góry, marsz przez ogromne bloki i w końcu znajdujemy się w miejscu połączenia z jaskinią BC4. Jędrek został nieco z tyłu. Słyszymy go kluczącego między wantami w zawalisku.

MalaBoka-BC100 - 004– Szliście dołem czy górą? – pada pytanie.

– Dołem, a potem do góry – odpowiadamy.

Po chwili jesteśmy już wszyscy razem.

– Galeria Milenijna, miejsce połączenia Małej Boki z BC4 – mówi Pablo – dokładnie byłem tutaj w 2006 roku, także dziewięć lat temu. Trochę takie sentymentalne przejście do jaskini BC4... Ok nie ma co tutaj przedłużać, w BC Beach robimy postój.

– No – odpowiada Jędrek.

Ruszamy dalej. Od tego miejsca jaskinia zmienia kierunek. Główny ciąg Małej Boki zakręca o prawie sto osiemdziesiąt stopni w kierunku Wileńskiej Galerii, my zaś po linach wchodzimy w pionowe ciągi BC4, gdzie dominują głębokie studnie połączone ciasnymi meandrami. Do powierzchni niecały kilometr, ale za to w pionie. Lubię w jaskiniach odcinki pionowe, powtarzane po raz tysięczny sekwencje ruchów rękami i nogami pozwalają skupić umysł na innych sprawach. Na takich odcinkach każdy porusza się właściwie samotnie, partnerzy zostają gdzieś w oddali i tylko widok smugi światła lub dalekiego odgłosu informuje nas, że nie jesteśmy sami, że tam gdzieś wysoko lub głęboko pod nami jest drugi człowiek.

Na pierwszych studniach wychodzimy bardzo szybko, krótkie odcinki bez liny wystarczają na odpoczynek. Przed BC Beach błądzimy przez chwilę w meandrze, zastanawiając się nad niepozornym odbiciem prowadzącym w lewo w dół.

– Nie pamiętam tego miejsca – stwierdza Pablo – strzałka jest ewidentna, więc chyba tędy. Pójdę sprawdzić.

– Dobra ja poczekam – odpowiadam

W oddali słyszę czołgającego się Jędrka. Po chwili słyszę głos Pabla.

MalaBoka-BC100 - 006– To tutaj Piotrek, możesz iść, ja już jestem przy BC Beach.

– Dobra! Poczekam na Jędrka i idziemy.

Mijają minuty, Jędrek czołga się gdzieś w oddali, ale wciąż go nie widzę. Zastanawiam się jak to możliwe, że zajmuje mu to tak dużo czasu. Nagle wyłania się z jakiejś dziury poniżej.

– O! A ty którędy szedłeś? Raczej nie tak jak my – stwierdzam.

– Trawersowaliście nad jakąś studzienką? – pyta.

– Nie.

– Hmm… to chyba poszedłem jakoś inaczej.

– Ok, chodźmy Pablo czeka już w BC Beach.

Wchodzimy w ciasny przełaz. Na dole wąski błotnisty korytarz doprowadza nas po chwili do prożka prowadzącego do góry. Za nim rozszerzenie wyprowadza nas w BC Beach.

– No to jesteśmy.

– Gotujemy picie, dużo picia – stwierdza Pablo – dalej będzie już kiepsko z wodą, zwłaszcza, że jest zima i w jaskini jest sucho.

MalaBoka-BC100 - 007Jemy kabanosy, batony, czekolady. Nie rozmawiamy zbyt wiele; ciszę przerywa dźwięk gotującej się wody. Po chwili dorzucamy do niej herbatę i galaretkę, która ma dodać nam sił. Pijemy jeden kubek, potem kolejny i kolejny. Miło się siedzi w tym miejscu – myślę sobie. Suchy piasek, cisza i spokój pozwalają odpocząć przed trudami dalszego wyjścia.

– Dobra będę ruszał – mówi Pablo – nie ma co tu się zbyt długo rozsiadać. Następny przystanek na powierzchni na dole z piwkiem w ręku – dodaje z uśmiechem.

Razem z Jędrkiem również zaczynamy przygotowywać się do wyjścia. Wewnętrznie czuję ulgę. Przed nami jeszcze sporo wyjścia do góry, ale w znanych już nam partiach i właściwie tylko na linach. Lubię, gdy muszę gonić osobę znajdującą się przede mną, tym bardziej jeśli to jest ktoś taki jak Pablo i nie daje forów, tylko bez ustanku mknie ku górze. Rozmyślam o różnych sprawach niekoniecznie związanych z jaskiniami pokonując kolejne metry. Mija pierwsza studnia, druga, trzecia aż wreszcie zaczyna się tzw. Dwusetka. Dochodzę do pierwszej nisko położonej przepinki i słyszę głos Pabla.

– Piotrek, musisz chwilę poczekać, bo tu jest strasznie długi odcinek bez przepinki tylko jakieś chujowe odciągi na repikach!... Mają fantazje ci Włosi i Słoweńcy.

Po dłuższej chwili już wiem o co chodzi. Wpinam się przyrządami w kolejny odcinek liny. Wykonuję kilkanaście ruchów i wciąż tkwię w tym samym miejscu. Kurwa! Myślę sobie. Kompletnie nie rozumiem przyczyny zakładania przepinek tak rzadko. Po drodze mijam odciągi założone na pojedynczym punkcie i w dodatku jest to jakaś brzytewka skalna. Po dojściu do przepinki czuję zmęczone przedramiona. Minuta odpoczynku i ruszam dalej, a tu? No nie! Kurwa! To już przesada. Ciąg dalszy i kolejny bardzo długi odcinek czterdzieści może pięćdziesiąt metrów bez przepinki i znów te ich przeklęte odciągi. Nie inaczej jest na kolejnych przepinkach. Po wyjściu Dwusetki czuję jak bolą mnie przedramiona, a ich zmęczenie na pewno odezwie się na kolejnych studniach. Przed wyjściem kolejną studnią czekamy razem z Pablem na Jędrka, wychodzącego jeszcze Dwusetką.

– Kurwa, co to było? – mówię do Pabla – te ich odciągi i długie odcinki to jakaś kpina!

– Bo oni chodzą to tylko na dół, więc żeby było szybciej, to pozakładali odciągi i chuj. To, że lina trze to mają w dupie!... Chyba słychać Jędrka, ok to ja już będę szedł dalej.

Pablo wpina przyrządy do wychodzenia w linę i zaczyna podchodzić.

– Każdy ruch prawą nogą to jakaś tragedia! – mówi po chwili – przy zgięciu kolana czuję silny ból.

– Ale co łękotka myślisz? – odpowiadam.

– Nie wiem, idę na lewej nodze, a prawą staram się obciążać tylko w minimalnym stopniu.

Hmm... jakoś mu idzie – myślę sobie. Po kilku minutach widzę wychodzącego Jędrka w meandrze.

– Jak podobały ci się słoweńsko-włoskie odciągi? – pytam się go.

– Kurwa mać! – pada odpowiedź.

Chwila odpoczynku przyda mu się przed kolejną studnią. Ja w międzyczasie zaczynam podchodzenie. Coraz bardziej czuję jak chce mi się pić. Niestety na wodę w jaskini nie ma co już liczyć. Wszędzie sucho jak pieprz! Oprócz pragnienia czuję jak coraz częściej zaczynają mnie łapać skurcze w przedramionach. Staram się trzymać rękami na przemian, a wychodzić maksymalnie jak można na nogach. Nie wyobrażam sobie wyjścia bez trzeciego, nożnego przyrządu. Na szczęście po wyjściu studni High Peak długie odcinki mamy już za sobą. Teraz już tylko kilka niedużych studni, parę meandrów i powierzchnia. Po wyjściu z przełazu Klucz do masywu wychodzę kolejną studzienkę i widzę ciurkającą po ścianie wodę. Pragnienie jest tak silne, że na dłuższą chwilę przywieram do ściany i zlizuję z niej wodę. Kropla po kropli bo inaczej się nie da. Ciężko jest zaspokoić pragnienie w takim miejscu. Do otworu już naprawdę blisko – myślę sobie i ruszam dalej odliczając kolejne odcinki linowe. Jeszcze trzy studzienki, dwie, jedna i wreszcie staję w przełazie tuż przed otworem.

MalaBoka-BC100 - 009– Jaka sytuacja na powierzchni? – pytam się Pabla.

– Wieje, ale nie aż tak mocno jak miało.

– Byli przy otworze?

– Tak.

– Eee, no to super! Zejście powinno być zatem ok. Trzeba się szybko przebierać.

Rozmawiam z Pablem, gdy po chwili pojawia się Jędrek i w trójkę stajemy pod studzienką wlotową. Od chwili wejścia do jaskini minęło trzynaście godzin i dwadzieścia dwie minuty! Zatem udało się zrobić pierwsze Polskie przejście trawersu i drugie w ogóle wariantem od dołu i to w rekordowym czasie! Poprzedniej ekipie zajęło to dwadzieścia sześć godzin!

– No nie ma tragedii – odzywa się Jędrek

– Ano nie – potwierdza Pablo.

W pośpiechu przebieramy się. Nie jest to zbyt wygodne miejsce, ale zawsze lepsze niż na zewnątrz, gdzie wieje silny wiatr. Zmieniamy skarpety, buty, zakładamy kurtki, rękawice i wychodzimy na powierzchnię. Robimy pamiątkowe zdjęcie i rozpoczynamy zejście. Wiejący silny wiatr i padający śnieg mocno ograniczają widoczność. Dobrze, że widać ślady ekipy wspierającej, której udało się dotrzeć do otworu. Na początku musimy kawałek podejść do góry. Co chwila zapadamy się w głębokim śniegu lub w kosówkach. Na szczęście do szlaku jest od otworu niedaleko. Gdy do niego docieramy zostaje już tylko zejście na dół.

Mimo zmęczenia nóg wprost biegniemy. Tempo jest tak szybkie, że po chwili robi mi się zbyt gorąco. Po drodze zatrzymuję się tylko na chwilę żeby zadzwonić do Mariusza, że schodzimy i mogą wyjeżdżać już po nas do Pośredniej stacji kolejki. Po pół godziny jesteśmy w miejscu, w którym latem zostawiamy samochody. Ściskamy się w radości, już wiemy, że jesteśmy w bezpiecznym miejscu. Udało się! Po raz kolejny. Po chwili jesteśmy w umówionym miejscu skąd ma nas odebrać Mariusz. Dokładnie, gdy docieramy w to miejsce podjeżdża samochód, a w nim oprócz Mariusza jest Sara i Janek. Gratulują nam i częstują nas piwem i jakimś piciem. Pijemy i pijemy gasząc pragnienie towarzyszące nam od Dwusetki. Ściskamy się i odbieramy gratulacje. Na bazie czeka już na nas ciepły posiłek i zasłużony odpoczynek. Jest druga trzydzieści w nocy. Mimo zmęczenia nie chce mi się spać. W czasie jazdy, jak zwykle w takich chwilach rozmyślam, o tym co działo się przez ostatnie godziny i już wiem, że niedługo po krótkim lub dłuższym odpoczynku przyjdzie ten moment, kiedy będzie trzeba znów spakować sprzęt i wyruszyć na kolejną akcję. Może znów pobić jakiś rekord?

Dnia 29.12.2014 r. trzyosobowej ekipie w składzie PawełRamatowski, PiotrSienkiewiczAndrzejWitas udało się przejść trawers Mała BokaPolska Jama BC4 w czasie 13 godz. i 22 minuty. Przed przejściem znaliśmy około 1/3 długości drogi w jaskini Mała Boka oraz drogę od połączenia do otworu jaskini BC4. W czasie akcji korzystaliśmy z planu jaskini dostępnego w monografii „Zapiski o Mali Boki”.

Jest to, według dostępnych informacji, drugie przejście trawersu w tym kierunku, pierwsze polskie i rekordowe pod względem czasowym. Ekipie słoweńskiej potrzebne było na pokonanie tej trasy 26 godzin. Wydaje się również, że jest to ogólnie najszybsze przejście trawersu uwzględniając również trawersy od górnego do dolnego otworu.

W wyjeździe który miał miejsce w dniach 27-30.12.2014 r. udział wzięli: Mariusz Jagiełło, Sara Jagiełło, Wojtek Mazik, Paweł Ramatowski, Piotr Sienkiewicz, Kinga Wencel, Andrzej Witas – wszyscy STJ KW Kraków oraz Jan PoczobutSpeleoklub Warszawski.

tekst. Piotrek Sienkiewicz

contentmap_plugin