KW banner 

Na dno Jaskini Wielkiej Śnieżniej przez Wielką Litworową.

Huk lecącego wodospadu oznajmiał koniec drogi wiodącej na dół. Stałem przy punkcie zjazdowym, rozmyślając o tym co mamy już za sobą i czekając w skupieniu na komendę „lina wolna” aby móc jak najszybciej zjechać na dno studni. Stamtąd już tylko kilka minut do syfonu Dziadka – najniższego punktu jaskini Wielkiej Śnieżnej osiągalnego suchą stopą. Nie byłem jeszcze zmęczony, ale świadomość tego, co jeszcze nas czeka, czyli powrót na górę przez trudną i ciasną Galerie Krokodyla nie napawał mnie optymizmem. Pokonanie połowy drogi, przynajmniej w sensie odległościowym, bo na pewno nie czasowym, powodowało lekkość na duszy.

 

 

„Przynajmniej jest mi ciepło” – pomyślałem. Na podejściu strasznie zmarzłem. Pogoda nie była najlepsza. Silny wiatr, mgła i zimno, to nie najlepsi kompani do rozmyślania przed akcją, do której, mimo iż przygotowywałem się mentalnie, logistycznie i fizycznie dość długo, czułem ogromny respekt. Z nogi na nogę posuwaliśmy się w górę Kobylarzowym żlebem. Nie przepadam za tym miejscem. Z pod nóg osuwają się piargi, a w zejściu nie trudno o upadek, zwłaszcza, gdy schodzi się zmęczonym z ciężkim plecakiem. Chwila odpoczynku w nyży przy turniczce w kształcie diabełka, łyk gorącej herbaty i czekanie we mgle na kolejne osoby. „Brrr!!..ale zimno.” Nigdy nie byłem zwolennikiem zabierania zbyt dużej ilości ciepłych rzeczy. Póki człowiek się rusza nie jest zimno, a nawet jak jest, to przynajmniej mniej się poci. Zawsze można znaleźć pozytywne strony w kiepskiej sytuacji. Na „Czerwonym grzbiecie” wiatr jeszcze większy, mgła też nie ustępuje.

 

Żadnych śladów. Mimo, iż byłem w tym miejscu wielokrotnie zaczynam czuć obawę czy uda nam się trafić do otworu. „Ale będzie porażka, jeśli go nie znajdziemy” - pomyślałem. „Nawet tak nie myśl! Choćbyśmy mieli go szukać nawet pięć godzin, znajdziemy!” - natychmiastowa odpowiedź umysłu. „Hmm.. wydaje mi się, że tędy” – mówię do Pabla. Wspólnie szukamy dojścia do otworu, ja trochę niżej, on nieco wyżej. Mijamy pierwszą grzędę, drugą, trzecią i ... gdzieś tu powinien być otwór!? Jest duża skałka wszystko niby się zgadza tylko wciąż nie ma tyczki informującej, że jesteśmy we właściwym miejscu. Nagle, chwilowe rozjaśnienie, przebłysk Opatrzności i jakby głos wołający „Tutaj jestem!”. „Aha!” - byliśmy rzeczywiście blisko. Przebieranie też nie należy do najprzyjemniejszych, zwłaszcza zakładanie wnętrza, gdy wiatr zwiewa śnieg i nasypuje go w ubrania, które za chwilę mamy założyć na gołe ciało. Nie ma czasu na kontemplację, odpoczynek czy jedzenie. Byle szybciej do środka, byle szybciej. „O kurde, ale zgrabiały mi ręce!”- myślę przygotowując się do przebrania. Wkładam je pod pachy, pocieram, ale niewiele to pomaga. Szybciej, szybciej, byle do środka, tam będzie już ciepło. Wiązanie węzłów też nie wychodzi najlepiej, sztywne od zimna liny nie chcą układać się jak należy. Wiatr wieje i świszczy w głowie. Jeszcze kilka chwil i lina założona, rolka wpięta, można jechać.

 

Kilka metrów poniżej otworu cisza, stabilność jaskiniowego klimatu i nareszcie uczucie ciepła, mimo iż temperatura tylko plus cztery stopnie powyżej zera, a wilgotność na poziomie dziewięćdziesiąt pięć procent. Po chwili wszyscy jesteśmy razem. W salce pod otworem przygotowania do poręczowania, jedzenie i picie. Kończę pierwszy i razem z Wojtkiem ruszamy w kierunku „Sali pod Płytowcem” – miejsca kolejnego postoju. Tam zostawimy również jedzenie na powrót oraz całe gotowanie. Do tego miejsca musimy zakładać swoje liny, dalej będziemy korzystali z wiszących lin. W czasie zjazdu zastanawiam się, jaki będzie stan wody w kluczowych, ciasnych partiach zwanych „Błękitną laguną” i „Partiami za czterema zaciskami”. Po półtorej godziny niemal wszyscy meldujemy się w „Sali pod Płytowcem” – jest ogromna i budzi jak zawsze mój podziw. Wody jak dotąd bardzo mało. „Całkiem sprawnie przeszliśmy ten odcinek” – mówię do Wojtka. „Oby tak dalej” – odpowiada. Po chwili jako ostatni dociera Hubert. „Nie dam rady, strasznie się męczę” – mówi nadchodząc piarżystą pochylnią. Byliśmy przygotowani na taką decyzję, to objaw wciąż nie wyleczonej choroby. Szkoda mi, bo akurat Hubert był osobą, która włożyła sporo sił w przygotowanie tego przejścia i bardzo mu zależało, aby w nim uczestniczyć. To razem z nim dwukrotnie robiliśmy rekonesans celem poznania Galerii Krokodyla, zarówno od dołu jak i od góry. Niestety tym razem musi odpuścić; jest świadom, że nie jest to akcja typu wyjście do babci na pączki i herbatkę. W prowizorycznie sporządzonym biwaku spędzi kolejne kilkanaście godzin czekając na nasz powrót. Dalsza droga prowadzi przez zawalisko, raz w dół, raz w lewo, hmm...tu chyba było w prawo i do góry, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że w dół. Ha! To miejsce poznaje, jesteśmy na dobrej drodze! Po czterdziestu pięciu minutach stajemy pod „Czwartym Płytowcem”. Stąd wchodzimy w najmniej przyjemne partie. Kolejno przechodzimy Magiel, Elektromagiel, Szczelinę Agonii. Boże! Ile pracy włożyli tu chłopcy, aby można przejść tymi partiami. Przejść! To może zbyt dużo powiedziane, na ogół czołgamy się lub przeciskamy przez przełazy w zawaliskach i sztucznie poszerzonych szczelinach. Z niepewnością zaglądam w Błękitną Lagunę. „Jaki jest stan wody?” – pytam się w myślach. Po chwili czołgania już wiem, że wody jest niewiele. Tu lepiej na prawym boku, tam lepiej przodem, tu wygodniej tyłem, podpowiadam kolegom. Mijamy kolejne rozdroża, zaciski, przełazy i wchodzimy w „Kominy ekstazy” – tu będzie już obszernie, przynajmniej przez jakiś czas. Wpinam rolki i zjeżdżam na dół. „Ale przyjemnie” – myślę. Kolejne, studnie, krótkie przełazy, poszukiwania dalszej drogi. Jak na razie wszystko zgodnie z planem, poruszamy się sprawnie lecz spokojnie nie forsując zbytnio tempa, mając świadomość, że siły przydadzą się zwłaszcza podczas powrotu. Mijamy „Biwak”, „Ciągi przykrości”, „Salę 52” i po kilku zjazdach wchodzimy w ciasne, wysokie szczeliny „Galerii Krokodyla”. „Już niedaleko do „Rozdroża” w Śnieżnej” - myślę. Z uwagą wsłuchuję się w dochodzące dźwięki czekając na odgłos płynącej wody, która oznajmi nam przybycie do „Rozdroża”. Schodzę kolejne kominy, przechodzę zwężenie i ... „Jest!” – słyszę wodę. Z uśmiechem na twarzy pokonuję ostatnie metry. „Uff, jesteśmy w Śnieżnej, do syfonu Dziadka już niedaleko” – mówię do Pabla. „Lina wolna!” – dochodzi do mnie głos Pabla, zagłuszany przez wodospad. Wpinam rolki, pokonuję przepinkę, trawers, ostatni odcinek linowy i dalej iść się nie da. Ha! „Syfon Dziadka”. Zatem jesteśmy. Dokładnie po czterech i pół godzinach od wyjścia z „Sali pod Płytowcem”. Na radość to jednak jeszcze nie czas, przed nami ta gorsza część, czyli wyjście do góry. Po krótkiej przerwie ubieramy przyrządy do wychodzenia i zaczynamy powrót. A ten jak łatwo było przewidzieć dłuży się niesłychanie, choć początek pokonujemy sprawnie, trudności zaczynają się w szczelinach Galerii Krokodyla. Zapieraczka raz kolanem, drugi raz łokciem tu łatwiej rozeprzeć się całym ciałem, tam tylko kolanami. „Jak dobrze, że na kolanach mam ochraniacze” – myślę za każdym razem, gdy rozpieram się w kolejnej szczelinie. Zmęczenie zaczyna pojawiać się coraz większe. O zimnie nie ma nawet mowy. Ba! Wręcz jest zbyt ciepło. Pot leje się po plecach, zwłaszcza tym, co mają jak ja gumowe kombinezony. No cóż jak jest błoto i woda nie przemakają, ale przy większym wysiłku człowiek poci się strasznie. Coś za coś. Ja jednak wolę pocić się ciepłym potem niż marznąc oblepiany zimnym błotem i wodą. Po wyjściu z ciasnot, zaczynają się odcinki linowe. To czas na przemyślenia. Jak automat pokonuje kolejne metry lin. Ruch rękami do góry, podkurczenie kolan, wyprostowanie ciała i znowu to samo, bez przerwy. Przepieńcie się na kolejny odcinek linowy i ten sam ciąg czynności. Z przemyśleń wyrywają kolejne ciasnoty. To „Ciągi przykrości”. Nie znowu takie przykre, ale chwilami uciążliwe. „Ale ładny strop!” – myślę patrząc na piękną półkolistą formację rozciągającą się nad prożkiem. Tu na prawym boku, trzeba uważać, żeby woda nie wlała się do gumiaka. Chwila czołgania, kilka zakrętów. Aha! Tu trzeba iść do góry, a nie na wprost. Trawers w prawo i jesteśmy na „Biwaku”, a właściwie w miejscu, w którym się je posiłki; spanie jest gdzie indziej. Straszny tu jednak bałagan. Nie zostajemy zbyt długo, spocone ciało szybko się schładza, robi się zimno, a wówczas ruszyć się jest jeszcze ciężej. Idziemy dalej. Kolejne liny pozwalają szybko wrócić do właściwej termiki ciała. Na końcu lin zacisk. Niby prosty, krótki. Wchodzę w niego wydaje mi się, że dobrze, układam ciało, skręcam się, lecz coś nie chce mnie puścić. Chyba jednak nie tak, wracam się, próbuję jeszcze raz. „Ha! Tu cię mam” – pocieszam się. Już prawie jestem, gdy noga zsuwa mi się zbyt nisko, biodra opadają i wiszę wciśnięty w szczelinę bez oparcia na nogi. „Kur.., szlak by to trafił” – odzywam się zdenerwowany. Akurat na szamotanie się w zacisku nie mam teraz najmniejszej ochoty. Próbuję się dźwignąć, zapieram się rękami, czuję jak mięśnie bicepsów mdleją ze zmęczenia. „Ueee...!!!” – udało się! Wyswobodziłem się, choć kosztowało mnie to sporo wysiłku. Znów liny. Każdy w osobności pnie się ku górze, kolejne metry mijają bez historii. Świadomość, że przed nami ostatni ciąg ciasnot pozwala zachować skupienie, a jednocześnie pozwala wierzyć, że już niedaleko. Jeszcze trochę wysiłku i będziemy w upragnionej „Sali pod Płytowcem”. Tam czeka na nas jedzenie i picie. Hmm.. gorąca strawa i picie. Nie ma co marzyć, to tylko osłabia czujność i uwagę. Trzeba iść dalej. Wchodzimy w „Partie za czterema zaciskami” Tu można już ściągnąć sprzęt; przez dłuższy czas już się nie przyda, a z pewnością skutecznie by przeszkadzał. Przed nami pierwszy z trudnych zacisków, w pionowej szczelinie do góry. Przechodzę dość szybko, Pablo za mną i kilka metrów dalej siadamy czekając na chłopców. Już idą! Nagle dobiega nas głos Wojtka - „Szliście dołem?”. „Nie, górą” – odpowiadamy. „No to się wpakowałem”. Rozpoczyna się walka z wycofaniem. Jędrek z Piotrkiem próbują pomóc, ale nie bardzo mogą. Mijają minuty, dziesiątki minut, a sytuacja wciąż bez większych zmian. Lecą przekleństwa i wyzwiska. Jaskinia przyjmuje je ze spokojem. Ja z Pablem też, choć jest już nam strasznie zimno i coraz częstsze drgawki ruszają naszymi ciałami. Pablo pali kolejnego papierosa, szkoda, że dym od niego nie grzeje jak ognisko. Wreszcie udało się! Możemy dalej ruszać. Jakże ciężko jest rozgrzać zastygłe ciało. Kolejne ciasnoty pokonujemy już bez większych problemów. Nawet wyjście „Szczeliny agonii” i „Magla” nie jest już takie złe – kwestia wprawy i techniki. Powrót spod „Czwartego Płytowca” to już czysta przyjemność. Szybko i sprawnie pokonujemy ten odcinek i po dziesięciu godzinach od rozpoczęcia powrotu meldujemy się w „Sali pod Płytowcem”. Ciasnot już dziś nie doświadczymy. Nasze nadejście budzi Huberta ze snu. Właściwie to wydawało mu się, że nie spał. A jednak czas minął jakoś strasznie szybko, choć nie koniecznie było mu ciepło. „I jak poszło?”- pada pytanie. „Udało się!” – odpowiadamy wspólnie. Na naszych twarzach rysuje się radość mimo sporego zmęczenia. Nareszcie odpoczynek, jedzenie, picie i już żadnych ciasnot. Przed nami ta przyjemniejsza część powrotu, a więc wyjście po linach do otworu. Mijają minuty, ciepła strawa i picie przyjemnie rozchodzą się po organizmie. Aby zbytnio nie tracić ciepła i ogrzać się przed wyjściem, wyciągamy NRC-tki. Owijamy się nimi szczelnie. Po chwili robi się ciepło, zmęczenie daje znać o sobie. Opieram się o kamień, zamykam oczy i myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Po dłuższej chwili coś w śnie mi nie pasuje. Zastanawiam się dlaczego jest mi zimno w nogi i gdzie właściwie się znajduję. Niestety to jeszcze nie ciepłe łóżko. Nie ma co dłużej czekać. Trzeba jak najszybciej się ruszyć i wychodzić na powierzchnię. Przy dużym zmęczeniu, zimno szybciej wychładza organizm. Szybkie sprzątanie, pakowanie sprzętu i wychodzimy. Jeden po drugim pniemy się do góry. Ja z Rożkiem wychodzimy ostatni – będziemy ściągać liny. „Ciekawe jaka pogoda na powierzchni?” – pada pytanie. Na szczęście była piękna, słońce, mróz. Nawet zejście „Kobylarzem” nie było nieprzyjemne. Wprost płynęliśmy na dół. A jak cudownie smakował żurek i piwo w „Ziembówce”. Jakże fajnie rozmawia się o tego typu akcjach, gdy siedzi się już w ciepłym miejscu i trzyma kufel piwa w dłoni...

 

Na koniec kilka informacji praktycznych: Przejście Wielka Litworowa – Syfon Dziadka – Wielka Litworowa odbyło się w dniach 27-28.12.2012 roku. Udział w nim wzięli: Hubert Cieplak (tylko do Sali pod Płytowcem – ze względu na chorobę), Wojtek Mazik, Paweł Ramatowski, Piotr Rożek, Piotr Sienkiewicz, Andrzej Witas – wszystkie osoby są członkami Sekcji Taternictwa Jaskiniowego KW-Kraków. Całość zajęła nam 30 godzin („od drzwi do drzwi”), w samej jaskini 21 godzin. Poręczowaliśmy i reporęczowaliśmy od otworu Wielkiej Litworowej do Sali pod Płytowcem. Nie korzystaliśmy z żadnych depozytów. Przed właściwym przejściem wraz z Hubertem Cieplakiem wykonaliśmy dwukrotny rekonesans Galerii Krokodyla. Pierwszy raz od dołu do „Sali 52” (w przejściu tym uczestniczył również Andrzej Witas), drugi raz od góry do „Kominów ekstazy”. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że znajomość tych skomplikowanych orientacyjnie partii jest kluczowa dla powodzenia całej akcji. Niewątpliwie nie jest to łatwa akcja i należy się do niej przygotować, zarówno pod względem logistycznym jak i wytrzymałościowo - kondycyjnym, gdyż niemiłe ciasnoty i szczeliny naprawdę dają się we znaki.

 

Na koniec warto dodać, że było to prawdopodobnie pierwsze Klubowe przejście głębokości systemu Wielkiej Śnieżnej. Ciekawym jest również fakt, że Andrzej Witas (lat 20!!) miesiąc wcześniej uzyskał Kartę Taternika Jaskiniowego i było to jego trzecie poza kursowe przejście w tatrzańskich jaskiniach. Wydaje mi się również, że jest on najmłodszą osobą, która w ogóle dokonała takiego przejścia. Brawo!